niedziela, 24 września 2017

Ranking #2- Filmy Quentina Tarantino

Jako iż nachodzą nas wieści na temat następnych dwóch (ostatnich niestety) filmów jednego z głośniejszych współczesnych reżyserów, postanowiłem omówić poprzednie dokonania tego pana. O kim tutaj mowa? O Quentinie Tarantino oczywiście! Człowieku, który bez szkoły filmowej  od 1992 r. stworzył osiem filmów, z których każdy odznaczył się odważną wizją, charakterystycznym rysem oraz niezwykłą reżyserią. A dzisiaj postanowiłem je podsumować i ustawić od najgorszego do najlepszego. Pamiętajcie, że to lista tak bardzo subiektywna, że w sumie bardziej się nie da.
Dobra starczy gadania! Niech się rozpoczną igrzyska!



Miejsce 8: Grindhouse: Death Proof (2007)


Zacznijmy od tego czym jest to dzieło. Otóż Grindhouse to projekt wspólny Tarantino oraz jego znajomego reżysera Roberta Rodrigueza. Składa się on z dwóch filmów- Death Proof (Tarantino) i Planet Terror (Rodriguez) oraz kilku zwiastunów i innych krótkich materiałów. Wszystko stylizowane na kino exploitation, oraz kino samochodowe, to jest format popularny w swoim czasie w Ameryce polegający na oglądaniu tanio dwóch filmów nie wysiadając z samochodu. Teraz jest to raczej martwa forma, ale nasza dwójka reżyserów w przypływie nostalgii postanowiła stworzyć coś w tym tle. Oczywiście Grindhouse był puszczany w zwykłych kinach, ale był stylizowany na typowe dla tego formatu filmy. O Planet Terror Rodrigueza nie będę się rozpisywał, zajmijmy się od razu Death Proof.

Fabuła jest... nietypowa. Mamy grupkę kobiet, imprezowiczek, które spotykają na swej drodze kaskadera Mike'a (Kurt Russel), tajemniczego gościa jeżdżącego śmiercioodpornym samochodem. I niestety opis fabuły należy tutaj zakończyć ponieważ w tym momencie zaczynają się spoilery.


Narracja filmu też jest dosyć... nietypowa. Pozwólcie, że opiszę to w ten sposób: jest spokojnie, powoli, bardzo powoli, bardzo spokojnie, A NAGLE JEB, BUM, i parę miesięcy później spokojnie, powoli, bardzo spokojnie, bardzo powoli, A NAGLE JEB BUM- The End. I wydaje mi się, że to właśnie narracja stanowi główny problem tego filmu. O ile w większości dzieł Tarantino dialogi stanowią główną siłę i moc tak tutaj bohaterki gadają dosłownie o niczym. Ich wypowiedzi nie prowadzą do niczego konkretnego i właściwie zapychają tylko czas. Za to kiedy przychodzi już do akcji robi się naprawdę dobrze i króluje tutaj Kurt Russel, jako psychopatyczny zabójca. Jest tutaj tak wyluzowany i pewny siebie, że to niezwykle urocze. 


Podsumowując "Grindhouse: Death Proof" to niewątpliwie najsłabsze i najmniej pełne dzieło Tarantino. Dialogi, które wiodą prym w innych produkcjach tutaj stoją nie niskim poziomie. Pozostaje tu jednak pewien pierwiastek zajebistości, który kryje się głównie pod postacią kaskadera Mike'a. Film jest też bardzo ładnie wystylizowany na kino exploitation. Werdykt? dududuududududmmmmm ogólnie polecam, ale dla największych fanów reżysera. Inni obawiam się, że mogą być z tego filmu bardzo niezadowoleni.


Miejsce 7: Nienawistna Ósemka (2015)


Z przyjemnością ogłaszam, że wszystko co nienajlepsze mamy już za sobą teraz czas na gratki. Najnowszy film Quentina Tarantino czyli Nienawistna Ósemka! Jest to powrót do stylistyki westernu (powrót po wcześniejszym Django) z tym, że tym razem Tarantino zamiast się bawić w parodię gatunku woli stworzyć coś bardziej w rodzaju thrillera zamkniętego w jednej lokacji. Osobiste skojarzenie? "Coś" w reżyserii Johna Carpentera. Mamy tu do czynienia z ósemką wrogich sobie osobników (w zasadzie dziewiątką, ale dorożkarz chyba się nie liczy bo nie był nienawistny). Cała ta wesoła gromadka jest zamknięta w schronisku ponieważ na zewnątrz szaleje burza śnieżna i nijak pruć do przodu. Po jakimś czasie pomiędzy ósemką wychodzą różne starcia na tle rasowym bądź politycznym (akcja dzieje się parę lat po wojnie secesyjnej). I tak nasi bohaterowie muszą spędzić razem parę dni!

W rolach głównych możemy obejrzeć, jak zwykle świetnego u Tarantino- Samuela. L Jacksona, charyzmatycznego Kurta Russela oraz mającą tutaj rolę życia Jennifer Jason Leigh. Są tutaj także aktorzy, którzy dawno się nie pojawili u tego reżysera, jak Tim Roth czy Michael Madsen, który niestety nie wydawał się być zbyt zainteresowany filmem. Ogólnie jednak aktorstwo stoi na naprawdę wysokim poziomie co jest ważne w filmie, w którym 95% czasu to dialogi. 


Jeśli już przy dialogach jesteśmy... tym razem stoją one na najwyższym możliwym poziomie. Stanowią one sedno całego filmu i skutecznie budują atmosferę przed zbliżającymi się rzeziami. Końcówka filmu jest dosyć intensywna i... czerwona, że tak się wyrażę. Ponieważ jednak wcześniej cały czas budowane były relacje i charaktery postaci wpływa ona na widza tak, jak powinna. I choć człowiek chce, nie jest w stanie oderwać oczu od ekranu.


Co z narracją? Ponownie jest ona niezwykle powolna. Film trwa prawie 3 godziny i przypominam, że 95% to dialogi. I to właśnie była największa wada dla większości widzów, którzy "niezakochani" w stylu Tarantino nie byli w stanie z przyjemnością chłonąć jego filmu przez tak długi czas. Ja potrafiłem dlatego bardzo lubię Nienawistną Ósemkę, ale niestety nie przyjęła się ona za dobrze na świecie z właśnie tego powodu. Kogo to jednak obchodzi. Jak to powiedział w swoim czasie Łukasz Stemlach (w sieci znany jako Ichabod) "Na tym etapie swojej twórczości Tarantino nie bardzo dba o to, jak się przyjmie jego film, więc albo jedziemy na jednym wózku, albo wypad" (cytat z pamięci, ale treść zachowana).


Chciałbym też wspomnieć o realizacji. Tarantino ze swoim realizatorem Robertem Richardsonem stworzyli kompozycyjno- operatorskie cudeńko. Film ogląda się przecudownie. W celu zapoznania się z kompozycją w tym filmie, odsyłam do materiału poświęconemu właśnie temu tematowi, przygotowanego przez pana Marcina Łukańskiego (link na samym dole, swoją droga miałem przyjemność poznać pana Marcina osobiście, w Krakowie na prelekcji, przemiły facet).



Cóż ja bardzo lubię ten film, choć wiem, że się nie przyjął zbyt dobrze. Ale co z tego? Cieszę się jazdą z panem Tarantino na jednym wózku póki mogę!

Miejsce 6: Jackie Brown (1997)

Trzeci film Quentina Tarantino i trzeci sukces! Tym razem jednak nasz bohater nie chciał robić makabrycznej, czarnej komedii gangsterskiej a bardziej coś... z lekką nutą romantyzmu.  


To co odróżnia "Jackie Brown" innych filmów reżysera to przede wszystkim jeden fakt- jest ona oparta na powieści "Rum Punch" Elmore'a Leonarda. Sam niestety nie miałem przyjemności przeczytać, ale mam nadzieję nadrobić ten brak. Jednak z tego co wiem Tarantino bardzo wiele zmieniał względem oryginału. Przykładowo akcja książki działa się bodajże w Miami podczas gdy film osadzony jest w Los Angeles.


W obsadzie możemy znaleźć takie znakomite nazwiska, jak Robert De Niro, Samuel L. Jackson czy Michael Keaton. W rolę główną i tytułową zarazem wciela się Pam Grier legenda kina blaxploitation. Z taką obsadą Tarantino naprawdę mógł dokonać cudów. Czy mu się to udało?


Po części tak, po części nie. Osobiście bardzo dobrze oglądało mi się trochę głębszy, poważniejszy film tego twórcy. Ale najpierw o fabule. Jackie Brown stewardessa w średnim wieku została przyłapana na przewożeniu pieniędzy z Meksyku do USA dla swojego szefa Ordella Robbiego (świetny Samuel L. Jackson). Rozpoczyna się gra pomiędzy nią, FBI i jej byłym pracodawcą.


Rozgrywkę wzbogacają kolejne postaci drugoplanowe, jak agent FBI Ray Nicolette (Michael Keaton), gangster w podeszłym wieku Lois Gara (świetny De Niro), nowy przyjaciel głównej bohaterki Max Cherry (Robert Forster) oraz sukowata Melanie (Melanie Ralston). Każda z postaci ma tutaj swoją ważną rolę do odegrania. Żadnej z nich nie brakuje charakteru i głębi.  To razem z intrygą czyni ten film naprawdę dobrym!


Przy tych wszystkich zaletach w "Jackie Brown" nie ma zbyt dużo... Tarantino. Tak zdecydowanie ze wszystkich dzieł w filmografii tego reżysera ten film jest najbardziej... poprawny, podręcznikowy? Nie ma w nim tak dużo tożsamości reżysera. Tutaj nie da się włączyć filmu w połowie i w pierwszej sekundzie zorientować się z kim mamy do czynienia. Nie ma tu wybuchów krwi, maksymalnie przerysowanych postaci i typowych dla Tarantino zabiegów. Ten film mógł zrobić tak naprawdę każdy. Tarantino zrobił to naprawdę świetnie, ale nie był tu niezbędny. Mimo wszystko to wciąż naprawdę dobry film i ja osobiście bardzo go sobie cenię.

Miejsce 5: Django (2012)


"Django" to pierwszy western w wykonaniu Quentina Tarantino, a właściwie parodia tego gatunku. Parodia z klasą, genialnymi dialogami, masą krwi oraz niezwykle dobrą obsadą. Jak ja oceniam ten film? Cóż to chyba oczywiste, że dobrze skoro stawiam go nad dwoma, o których już mówiłem, że je bardzo lubię... niepotrzebnie budowany suspens wypowiedzi. Nieważne, przejdźmy do rzeczy!



"Django" to swoiste rozliczenie Quentina Tarantino z niewolnictwem w Ameryce. Główny bohater, tytułowy Django jest niewolnikiem, który zostaje rozłączony ze swoją żoną i wysłany na sprzedaż przez swoich właścicieli. Po drodze jednak eskorta jego grupy zostaje zabita przez wędrownego, niemieckiego łowce nagród- dentystę (w tej roli Christoph Waltz). Ten ma wyznaczoną nagrodę za braci Brittle- właścicieli Django więc uwalnia go i zawiera z nim umowę. Django pomoże mu znaleźć braci Brittle i ich wyeliminować, a następnie będzie u niego pracował przez jakiś czas, a dr. King Schultz (imię łowcy nagród- dentysty) da mu wolność i pomoże mu odnaleźć jego żonę. Tak rozpoczyna się przygoda, przyjaźń i w sumie cały film...


W obsadzie możemy znaleźć jeszcze kilka świetnych nazwisk- Leonardo Di Caprio, jako demoniczny właściciel plantacji Calvin Candie (jedna z lepszych ról Di Caprio w karierze), Samuel L. Jackson jako stary niewolnik i prawa ręka Candiego (L. Jackson, jak zwykle niezastąpiony) czy Kerry Waschington, jako Brommhilda, żona Django. Aktorskie trio Christoph Waltz, Leonardo Di Caprio oraz Samuel L. Jackson to prawdziwy popis, nic więc dziwnego, że grający główną rolę Jaime Foxx wypadł dosyć... blado. I główny bohater to tak naprawdę główny problem tego filmu. 



Podsumowując... "Django" to porywająca przygoda, ciekawe charaktery, wartka akcja, świetne dialogi i przede wszystkim jest to genialna parodia westernu z całym dobrodziejstwem tego gatunku. Da się tego filmu nie lubić, ale to, jak nie lubić pizzy. Pizza jest fajna. I niech to będzie morał.

Miejsce 4: Bękarty Wojny (2009)


Tak jak "Django" było pewnym rozliczeniem z niewolnictwem tak "Bękarty Wojny" to rozliczenie z holocaustem. Rozliczenie niepoprawne ani politycznie ani historycznie, za to, jak najbardziej poprawne filmowo! O ile "Django" było parodią westernu tak "Bękarty Wojny" są parodią kina wojennego- i to parodią w najlepszym wydaniu.

Ciężko tu opisać fabułę ponieważ wychodzi ona od kilku wątków, które ostatecznie splatają się w epilogu czyli "Operacji Kino" mającej na celu zgładzenie Adolfa Hitlera i innych nazistów. Mamy tu zatem całą masę postaci. Na początek porucznik Aldo Raine grany przez Brada Pitta (jedna z jego lepszych ról) czyli przywódca żydowskiej jednostki "Bękarty Wojny" mającej na calu zabijać nazistów, a to jest kwitnący interes, jak sam Aldo mówi. Następnie Shosanna Dreyfus (Melanie Laurent) czyli młoda żydówka, (właścicielka pięknego kina w centrum Paryża) która straciła rodzinę, z rąk porucznika Hansa Landy... taaaak porucznik Hans Landa. Skoro już o nim mowa to jest to jeden z najlepszych "bad- assowych" złoczyńców w historii kina! Zagrany jest przez Christopha Waltza, który wyciska tutaj rolę życia i robi to w sposób ge-nia-lny! Jedna z najlepszych kreacji w filmach Tarantino.

 

Przez film przewija się jeszcze cała masa postaci, jak na przykład porucznik Archie Hicox (Michael Fassbender), Hugo Stiglitz (Til Schweiger), znana aktorka Bridget von Hammersmark (Diane Kruger) czy oczywiście... Adolf Hitler grany przez Martina Wuttke. Postaci jest oczywiście dużo więcej, to tylko wierzchołek góry lodowej.


Co do fabuły, jest ona poprowadzona w rozdziałach, jak to często u Tarantino bywa. Jest zabawnie, niezwykle brutalnie i co najważniejsze... Tarantino reżyseruje tu, jak jeszcze nigdy! Poważnie w żadnym poprzednim filmie tego reżysera nie ma tak dobrze zbudowanych scen, takiego napięcia! Przechodzimy od dramatu do komedii w błyskawiczny, brutalny sposób. Raz zgrzytamy zębami ze stresu (scena otwierająca) by po chwili płakać ze śmiechu (scena z "Włochami"). Jakbym miał wymienić jakąś wadę to film jest dosyć płytki, ale tak naprawdę czy to ważne? W końcu nie o to w nim chodzi. Chodzi o dobrą, niegrzeczną zabawę!



Miejsce 3: Kill Bill & Kill Bill vol 2 (2003/2004) 


Czas na coś naprawdę wielkiego! Na niezwykłą jazdę bez trzymanki! Prawdziwy pastisz gatunków, a zarazem najbardziej emocjonujący film Tarantino! A technicznie rzecz biorąc dwa filmy... będące jednym filmem... nieważne.


Niejaka Beatrix Kiddo znana też jako Czarna Mamba zostaje postrzelona podczas swojego ślubu przez swego byłego chłopaka Billa i dawnych kompanów- Pluton Śmiercionośnych Żmij. Udaje się jednak przeżyć, ale niestety traci ciąże i zapada w śpiączkę na cztery lata. Kiedy się budzi obiecuje zemścić się na ludziach, którzy zniszczyli jej życie. Tak rozpoczyna się krwawa vendetta a z nią jeden z najlepszych filmów Quentina Tarantino!

Znalezione obrazy dla zapytania kill bill

Choć "Kill Bill" został ucięty na dwie części to tak naprawdę Tarantino go uważa za jeden film. Ja też postanowiłem tak go potraktować. Dlatego "Kill Bill" i "Kill Bill vol 2" wylądowały razem na jednym miejscu. 


W roli głównej występuje tutaj Uma Thurman,  która brawurowo zagrała płatną morderczynię będącą jednak w głębi duszy dobrą dziewczyną pragnącą jedynie zemsty. Tak naprawdę postać Czarnej Mamby jest najgłębszą i najbardziej rozbudowaną osobowością w filmografii Tarantino. Żadnej innej postaci nie poświęcamy tyle czasu, uwagi i emocji. Żadnej aż tak nie kibicujemy i nie utożsamiamy się z nią. Jeśli przyjrzeć się filmom Tarantino to można zauważyć, że często nie stara się on wywołać emocjonalnej więzi między postacią, a widownią. Panna Młoda (kolejna ksywka naszej bohaterki) jest w tym wypadku wyjątkiem. Wydaję mi się, że Tarantino próbował to powtórzyć przy okazji "Django", ale tam nie miało to takiej mocy i nie zależało nam, aż tak bardzo na głównym bohaterze. W przypadku "Kill Billa" Tarantino idzie nawet o krok dalej i stara się rozbudowywać charaktery i osobowości wrogów głównej bohaterki przez co starcia z nimi wywołują jeszcze więcej emocji. W kwestii bohaterów "Kill Bill" pozostaje perełką w filmografii Tarantino.


Jeśli chodzi o narracje to ponownie jest ona rozbita na rozdziały i ma zaburzoną chronologię. Tarantino skutecznie żongluje segmentami opowieści w takiej kolejności aby wywoływały one maksymalne emocje. W tej kwestii znowu nie można reżyserowi nic zarzucić. Oprócz zmieniania chronologii Tarantino zręcznie zmienia konwencje zaczynając od filmu mocno inspirującego się kinem samurajskim przechodząc do czegoś bardziej na kształt westernu. Przy tym wysila się na wiele niekonwencjonalnych zabiegów artystycznych, jak krótki filmik stylizowany na anime czy zmienianie raz na jakiś czas filmu na czarno- biały. Jest również niezwykle krwawo i brutalnie czyli tak, jak w kinie zemsty być powinno!


Nachwaliłem się tego filmu choć wiele osób go sobie nie ceni. Jest to w dużym stopniu spowodowane ogromną ilością krwi i brutalnych scen, które choć przerysowane są w stanie obrzydzić dużą część widowni. Ale co mnie to obchodzi? Ja chłonę ten film z cały dobrodziejstwem inwentarza!

Miejsce 2: Wściekłe Psy (1992)


Debiut Tarantino i jeden z jego najlepszych filmów. Stworzony przy skromnym budżecie półtora miliona  dolarów, a gwarantujący genialne dialogi, wybitny scenariusz i intrygującą fabułę. 29- letni  Tarantino stworzył wtedy małą perełkę kina gangsterskiego.


Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się być prosta, jak drut. Mamy grupę gangsterów, która spędza razem poranek w kawiarni przed napadem na sklep jubilerski. Zaczyna się robić nietypowo kiedy fabularnie przeskakujemy nad samym napadem i skupiamy się na tym co było po nim. Narracja po raz pierwszy u Tarantino została rozbita na rozdziały, poukładane niechronologicznie. Jak zwykle działa to świetnie i pozwala się bawić reżyserowi z oczekiwaniami i przyzwyczajeniami widzów. Cały film to tak naprawdę zabawa z widzem. I jeżeli poddać całość analizie to można naprawdę przewidzieć po pierwszej scenie w kawiarni, kto kim jest i jaki jest. Jednak film napisany został tak świetnie, że wciąż zaskakuje niespodziewanymi zwrotami akcji i niekonwencjonalnymi rozwiązaniami fabularnymi.



Kolejnym z najmocniejszych elementów filmu jest obsada. Mało znani wtedy aktorzy dzisiaj są w czołówce hollywoodu. Najgłośniejszym wtedy członkiem obsady był Harvey Keitel, odgrywający jedną z głównych ról w filmie- Pana Białego. Keitel po przeczytaniu scenariusza pomógł Tarantino zebrać skromną sumę półtora miliona i został producentem filmu. W pozostałych rolach możemy zobaczyć między innymi Steve'a Buscemi, Tima Rotha czy Michaela Madsena, dla których role we "Wściekłych Psach" będą początkami wielkich karier.

 

Mimo późniejszych dokonań Tarantino, "Wściekłe Psy" wciąż są jednym z jego najlepszych filmów. Nie udałoby się to jednak bez świetnych kreacji aktorskich oraz oczywiście genialnego scenariusza spod ręki młodego Tarantino!

Miejsce 1: Pulp Fiction (1994)


Rok 1994 to naprawdę świetny okres dla amerykańskiego kina. Powstał wtedy genialny "Ed Wood" Tima Burtona, cenieni "Skazani na Shawshank" Franka Darabonta, jedna z lepszych animacji Disneya "Król Lew" czy do dziś darzony masą sympatii "Forrest Gump" Roberta Zemeckisa. Dla mnie jednak i tak najlepszych filmem z tamtego roku zostanie "Pulp Fiction" Quentina Tarantino!


Jeśli chodzi o fabułę to składa się ona z trzech głównych opowieści (i kilku pobocznych), które OCZYWIŚCIE niechronologicznie splatają się między sobą. W rolach głównych możemy zobaczyć Johna Travoltę jako Vincenta Vega (brat Victora Vegi ze Wściekłych Psów), Samuela L. Jacksona jako Julesa Winnfielda oraz Bruce'a Willisa jako Butcha. W obsadzie znajdziemy również Harveya Keitela już po raz drugi występuje u Tarantino, Ume Thurman, która powróci jeszcze w "Kill Billu" oraz znanego już ze "Wściekłych Psów" Tima Rotha. 


Jak się ogląda "Pulp Fiction" to można odnieść wrażenie, że słowo "kultowy" powstało z myślą o nim. Co druga scena zapisała się w historii kinematografii za sprawą genialnych dialogów i wybitnej reżyserii Tarantino. Kto nie kojarzy scen twista czy Ezekiela nawet jeśli sam nie oglądał filmu? Nikt? Też tak myślałem. "Pulp Fiction" w niezwykle odważny sposób zrewolucjonizowało kino i nie mogę sobie wbić do głowy innego filmu (po Pulp Fiction), który by wywarł taki wpływ na kinematografię i przede wszystkim popkulturę. 


Jak zwykle jednak nic nie udałoby się bez świetnej obsady. W całym filmie niewątpliwie najlepszy jest Samuel L. Jackson, który ma tutaj rolę życia, która ukształtowała jego późniejsza karierę. Każde zdanie wypowiedziane w tym filmie przez niego to mała perełka. Jest to niewątpliwie jedna z lepszych kreacji w filmach Tarantino obok Umy Thurman w "Kill Billu" i Christopha Waltza w "Bękartach Wojny". Bardzo dobrze radzi sobie też John Travolta w roli klawisza Vincenta Vegi. Występuję on głównie w duecie z Samuelem L. Jacksonem bądź Umą Thurman, która zjawiskowo wcieliła się w znudzoną żonę bogatego gangstera. Pod koniec filmu pojawia się też w krótkim epizodzie Harvey Keitel, który z niebywałą gracją i urokiem wciela się w postać Wolfa- eksperta od rozwiązywania problemów. Cały wątek z nim związany jest tak uroczy i zabawny, że to jest niesamowite. W tym wszystkim umknął gdzieś Bruce Willis, który w roli starego boksera radzi sobie bardzo dobrze, ale przy tak znamienitej konkurencji raczej się nie wyróżnia. Fajne niewielkie role zaliczają tu też Christopher Walken jako weteran wojny w Wietnamie oraz Tim Roth, jako uliczny gangster. Z tak wyśmienitą obsadą nie da się zrobić słabego filmu.



Podsumowując... "Pulp Fiction" już zawsze będzie magnum opus Quentina Tarantino. Nieważne, jak dobre będą jego następne filmy, nie jest to możliwe aby swoim kultem dorównały legendarnemu dziełu z 1994 r. Jest to zarazem wybitne kino, jak i przystępne dla niedzielnego widza filmidło, które zachwyca niekonwencjonalną strukturą i wybitnym scenariuszem. Obecnie jest to mój ulubiony film Quentina Tarantino i nie jestem osamotniony w tej opinii. Niewątpliwie obejrzę go jeszcze wiele razy i wszystkim innym to polecam!


No to mamy już drugie moje zestawienie za sobą! Osobiście polecam zapoznać się z tymi filmami ponieważ postać Quentina Tarantino wywarła naprawdę mocny wpływ na popkulturę. Osobiście nie mogę się doczekać jego następnych filmów!

Wspomniany materiał o kompozycji w Nienawistnej Ósemce: https://www.youtube.com/watch?v=BlZmvMP3rzk

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz