sobota, 23 września 2017

Ranking #1- Top 5 moich Guilty Pleasures!

Często macie uczucie, że oglądając jakiś film bawicie się naprawdę dobrze zarazem wiedząc, że to co oglądacie nie stoi na najwyższym poziomie? Cóż ja czasem tak mam. A skoro mam pisać tego bloga to wyznam grzechy i opowiem wam, jakie filmy lubię mimo, że za cholerę nie można nazwać ich dobrymi.

Miejsce 5: Batman Returns 1992 r. reż. Tim Burton



Cóż... W 1989 roku Tim Burton stworzył film "Batman" z Michaelem Keatonem w roli głównej oraz rewelacyjnym Jackiem Nicholsonem w roli Jokera. Film był dokładnie taki, jaki powinien być to jest mroczny, groteskowy i gotycki. Okazał się być wielkim sukcesem oraz krokiem milowym w ekranizacjach komiksów. Nic dziwnego, że wytwórnia postanowiła nakręcić sequel i zatrudnić do niego Tima Burtona, który stał za sukcesem pierwszej części.


Jak wyszło? No na pewno dosyć... dziwnie, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Fenomenalnego Nicholsona zastąpił Danny De Vito w roli Pingwina. A uroczą (choć irytującą) Kim Basinger zastąpiła Michelle Pfeiffer (<3), która zagrała Catwoman i wypadła naprawdę świetnie. Cały powrót do Gotham to jedna wielka radość. Burton z operatorem (Stefan Czapsky) i kompozytorem (jak zwykle niezastąpiony Danny Elfman) stworzyli audiowizualne arcydzieło. Niezwykła gotycka atmosfera jest tu podkręcona, jak tylko się da, a niektóre kadry się wyrywają z ekranu aby tylko zawisnąć na ścianie.

I choć film jest niewątpliwie piękny i wręcz atakuje nawiązaniami do niemieckiego ekspresjonizmu (wygląd Pingwina to jedno wielkie nawiązanie do "Gabinetu doktora Caligiari) to niestety zabrakło mu jednej dosyć ważnej cechy... fabuły. Tak niestety mimo estetyki i klimatu film "Batman Returns" to tylko wydmuszka pod, którą się kryje... nic. Mamy na przykład postać Catwoman czy pierwotnie Seline Kyle, sekretarkę niezwykle bogatego i demonicznego Maxa Shrecka (w tej roli Christopher Walken). Tak się smutno składa, że nasza mała, szara myszka Selina zmienia się w kotka ponieważ usłyszała o mrocznych planach swojego pracodawcy. Przez co on  wywalił ją przez okno. W konsekwencji zabił. No i leży sobie nasza biedna Selina na śniegu i podbija do niej ekipa osiedlowych kocurów. Drapią, gryzą, ożywiają... dziwnym trafem. No i nasza cudownie zmartwychwstała bohaterka idzie do domu... i odkrywa w sobie miłość do mleka i obścisłego lateksu. Nieźle. W następnej scenie widzimy ją, jak jako już Catwoman nakurwia przestępców na ulicach. Spoko.

Co się zaś tyczy Pingwina. Cóż... miał ciężkie życie. Urodził się zmutowany przez co jego bogaci rodzice wyrzucili go do kanałów Gotham, gdzie spotkał lokalną cywilizację pingwinów... zdarza się. Ptaki te przygarniają i wychowują pokrakę, jak swojego. Tak to brzmi głupio, tak to jest głupie... i cholera jest to głupie w najlepszym tego słowa znaczeniu! Ten film świetnie się ogląda i naprawdę ma się ochotę krzyknąć "WOW ALE DOBRY FILM", tylko równocześnie jest taki problem- TO NIE JEST DOBRY FILM! Ale co z tego? I tak go lubię!


Ocena: 7/10


Miejsce 4: Tajemnica morderstwa na Manhattanie  1993 r. reż. Woody Allen


Uwielbiam filmy Woodego Allena! Uwielbiam jego sarkastyczne i inteligentne podejście do życia oraz miłości! Jego trafne żarty! Jego pięknie nakręcone filmy! Takie dzieła jak: Zelig, Zbrodnie i Wykroczenia, Annie Hall, Manhattan, Whatever Works czy w szczególności Purpurowa róża z Kairu są w czołówce moich ulubionych filmów w historii kina. Każde jego dzieło jest inne, a zarazem podobne. Oczywiście nie oglądałem wszystkich filmów tego twórcy, ale oglądałem na tyle by móc o nich spokojnie mówić. No, ale dobrze przejdźmy do "Tajemnicy morderstwa na Manhattanie".
Głównymi bohaterami są uroczy małżonkowie z Manhattanu, którzy przeżyli już swoje najlepsze lata, a teraz są właściwie ze sobą głównie z przyzwyczajenia. Są zagrani przez Woodyego Allena oraz Diane Keaton, która wraca do Woodego po wielu latach rozłąki na planie. Świetnie ich się razem ogląda na ekranie pamiętając Annie Hall, Manhattan czy Śpiocha. Teraz już są starsi, ale dalej pełni werwy i charakteru. 
 

No, ale fabuła. Nasza starsza parka jest zaproszona do sąsiadów na herbatę czy coś tam. Jest miło, sympatycznie, wszystko wydaje się być w porządku. Dlatego niezwykle zaskakujący jest fakt, że parę dni później żona sąsiada umiera w dziwnych okolicznościach. Diane Keaton (czy jak tam jej bohaterka ma na imię) nabiera podejrzeń i ze swoim dawnym przyjacielem (Alan Alda) postanawiają zgłębić sprawę.


No i co mi w tym filmie nie gra? Dwie rzeczy! Jeden- intryga, która jest niezwykle naiwna i pełna dziur. Jest kilka scen podczas, których poprzeczkę niewiary trzeba sobie postawić na poziomie rowu mariańskiego i niestety szkodzi to filmowi niezwykle. Druga sprawa- wygląd filmu. Dzieła Allena mają to do siebie, że są dosyć oszczędnie kręcone bez montażowo-operatorskich wariactw. Ale mimo wszystko w większości jego filmów to działało, BA zdarzały się perełki, jak np. Manhattan, Cienie i Mgła czy Purpurowa róża z Kairu. Tutaj natomiast nie ma nic. Film wygląda jakby był robiony na szybko, żeby nie powiedzieć- na odpier...  co jest dziwne biorąc pod uwagę, że za kamerą stał Carlo Di Palma czyli stały bywalec w filmach Allena. No cóż... nie każdy film musi wyglądać, jak Manhattan.


Dlaczego zatem tak lubię ten film? Cóż... jest zabawny, jak cholera! Co jest w sumie standardem w filmach Allena, ale mimo wszystko humor to bardzo solidny argument na rzecz tego filmu. Niektóre teksty naprawdę są w stanie wywołać salwę śmiechu. Po za tym trudno nie polubić czwórki głównych bohaterów, którzy tworzą naprawdę barwną i zabawną drużynę. Tak wiem, że Allen zawsze gra taką samą postać, ale szczerze? Jeśli robi to dobrze do chcę tylko więcej! Dla fanów tego twórcy to, mimo wad, będzie bardzo przyjemny seans.


Ocena: 6/10

Miejsce 3: Strażnicy Galaktyki vol. 2 2017 r. reż. James Gunn


Tak wiem, że skakanie z filmów Woodego Allena do wysokobudżetowych produkcji Marvela może być trochę dziwne no, ale wszystkiego trzeba w życiu spróbować, prawda? No, ale co sądzę o Strażnikach Galaktyki? Cóż, pierwsza część była nawet spoko, wprowadziła dosyć fajnych bohaterów, ale była mocno sztampowa i mało odkrywcza. Nie siliła się na niezwykłą tożsamość. Za to druga część już tak! Niestety znowu brakło fabuły tym razem na wielką skalę. Bohaterowie siedzą właściwie cały film w jednym miejscu czekając na jeden zwrot akcji, który można przewidzieć po obejrzeniu trailera. Nie będę opisywał fabuły bo nie warto. Warto natomiast porozmawiać o zaletach, a trochę ich jest.


Po pierwsze- muzyka! Składanka Awesome mix vol. 2 to według mnie jedna z najlepszych playlist ostatnich lat (obok Baby Drivera). Takie utwory, jak "Come a little bit closer" czy "My Sweet Lord" rzucają się w uszy i nie chcą z nich wyjść. Po drugie- postaci! W większości wraca gwardia z części pierwszej, która jest w porządku w szczególności Rocket i Yondu. Z nowych charakterów najbardziej polubiłem przesłodkiego Baby Groota oraz maksymalnie przerysowanego Ego. Te postaci chce się oglądać na ekranie, ale nie byłoby to możliwe bez świetnych aktorów, którzy się za nimi kryją. Moim skromnym zdaniem najlepsi są Michael Rooker (Yondu) oraz Kurt Russel (Ego) głównie za to, że obie postaci są do granic możliwości przerysowane co jest niezwykle piękne. Trzeci i ostatni z większych argumentów- scena ucieczki Yondu.... kto oglądał wie o co chodzi. Kto nie... niech obejrzy dla tej sceny bo warto. W kinie byłem ciekaw co by było jakby tę scenę reżyserował Tarantino, ale zbyt odbiegam od tematu. Napisałbym też coś o humorze. Niestety bywa on bardzo nierówny i obok świetnych żartów można znaleźć te naprawdę słabe. Podsumowując, lubię Strażników ponieważ w żadnym innym filmie Marvela nie widziałem takiej swobody i wolności artystycznej twórców. A to w kinie wysokobudżetowym się ceni!


Ocena: 6/10

Miejsce 2: Mroczne cienie 2012 r. reż. Tim Burton


No i znowu Burton! Niestety ten reżyser jest niezwykle nierówny. Jego największe dzieła (Ed Wood, Edward Nożycoręki) to prawdziwe arcydzieła kina i nikt nie ma prawa mieć co do tego wątpliwości. Jego słabsze filmy natomiast... są słabe. Nie jestem w stanie wytrzymać oglądając taką Planetę Małp czy Alicje w krainie czarów. I choć "Mroczne cienie" są niewątpliwie filmem kiepściuteńkim... to nie jestem w stanie nie czuć do niego sympatii. Nie wiem czy tu chodzi o ten klimat lat 70-tych, które tak uwielbiam czy o te charyzmatyczne postaci, których ciężko nie polubić, czy o świetnych aktorów, jak Johnny Depp, Eva Green, Helena Bonham Carter czy powracająca w naszym rankingu Michelle Pfeiffer (patrz Batman Returns). Jest w tym filmie taka dziwna kiczowata energia, która ogarnia podczas oglądania. No dobra napisałem dosyć wstępnie i zwięźle co lubię w tym filmie więc może powiem coś o wadach.
 

Cóż... któryś to już raz w tym rankingu zabrakło fabuły i scenariusza. Przez co z drzemiącego w tym filmie potencjału wyciągnięto malutko. Tak wiem film jest prześliczny (i nie tylko przez obecność powyżej wymienionych aktorek), klimatyczny i stylowy. Przerabiany (po raz tysięczny) jest tu motyw "Fish out of the water", czyli problem z odnalezieniem się głównego bohatera Barnabassa Colinsa (wampira) we współczesnym świecie. I choć można tym motywem dosłownie rzygać to mnie z jakiegoś powodu zawsze bawi. Ogólnie gagi sytuacyjne i słowne stoją na fajnym poziomie. Eh gdyby to szło w parzę z dobrą fabułą to może otrzymalibyśmy naprawdę świetny film. A otrzymaliśmy niestety mało zachęcające filmidło, które ciekawi wyłącznie obsadą i reżyserem.


Ocena: 5/10

Miejsce 1: Gwiezdne Wojny Nowa trylogia 1999-2005 r. reż. George Lucas


Nie bijcie. Nie krzywdźcie. Nie rzucajcie kamieniami, pomidorami, mieczami świetlnymi itd. Tak wiem, że prequele zniszczyły nieskazitelność marki. Wiem, że ssały. Wiem, że Hayden Christensen był do dupy. Ale wiem też, że ja się na tych filmach wychowywałem... ogólnie Gwiezdne Wojny oglądałem w kolejności 2,1,4,6,5,3 kiedy miałem 8 lat. Wałkowałem je wtedy prawie codziennie przez co znam na pamieć wszystkie sceny. Byłem wtedy malutki i musiałem zamykać oczka w co drugiej scenie, ale mimo wszystko to oglądałem, ponieważ fascynowały mnie te światy, stwory, miecze i moc. I choć dzisiaj widzę, że tylko połowa z tego co oglądałem się nadaje do czegokolwiek to dalej pozostał wielki sentyment do części 1,2,3. Osobiście uważam, że "Atak klonów" to najgorsze Star Warsy w historii i dzisiaj nie byłbym w stanie tego oglądać. Podczas scen romantycznych mam ochotę wyrwać sobie każdą część ciała po kolei (poza oczyma bo Padme jest grana przez Natalie Portman ( ͡° ͜ʖ ͡°) ) takie to jest okropne. Przede wszystkim prequele sukcesywnie starają się niszczyć to za co kochaliśmy oryginalną trylogię. Ciekawi, charyzmatycznie bohaterowie? A jebnijmy tam koszmarnym Anakinem, miałką Padmę i kozackim Obi- Wanem (do dziś moja ulubiona postać w uniwersum) jakoś to będzie. Tajemnicza, fascynująca moc? Nie no co wy? To tylko biologia i midi(tfu)chloriany. Epickie sceny akcji? Tak tylko, że tysiąc razy bardziej bo nie ma takich słów, jak umiar czy subtelność.


I wiecie co? Łatwo jest najeżdżać te filmy bo one aż same się o to proszą. Trudniej jednak być obiektywnym i wymienić zalety. A ponieważ, ja względnie lubię te filmy (może poza Atakiem Klonów) to postaram się zahaczyć o rzekome zalety. No dobra zaczynamy. Po pierwsze: sceny pojedynków są naprawdę ok w szczególności walka Obi- Wana, Qui- Gona i Dartha Maula. Owszem są przesadzone, ale idzie je docenić. Po drugie, muzyka! Wiem, że wiele motywów wraca tu z oryginalnej trylogii, ale John Williams naprawdę robi wszystko aby wybić się ponad ustawioną wiele lat temu przez samego siebie poprzeczkę. Po trzecie postać Obi- Wana, która według mnie jest najgłębszą osobowością w uniwersum, i przy okazji chyba najlepiej zagraną. Ewan McGregor, jako jedyny chyba nie poddał się kiepskości tych filmów i pokazał klasę. Bardzo się cieszę, że powstanie niedługo o nim osobny film ponieważ jego postać na to zasługuje. Po czwarte- podoba mi się, jak podjęto polityczny wątek w tych filmach. Uważam, że był solidnie zbudowany i czuć było tą obezwładniającą bezradność w momencie kiedy Republika upada. Podoba mi się też niezwykle gorzkie zakończenie, będące co prawda konsekwencją oryginalnej trylogii, ale jednak. No i umówmy się prequele mają całą masę naprawdę kozackich scen, jak np. pojedynek końcowy z "Mrocznego Widma", opening "Zemsty Sithów" czy Rozkaz 66. Najsłabszy z całej trylogii jest "Atak klonów". Paskudnie się zestarzał, ranił umysły widzów, okropnym wątkiem romantycznym, a na koniec zaserwował mierny pojedynek. Często uważane za najgorszą część serii "Mroczne widmo" zaoferowało przynajmniej, naprawdę świetną scenę akcji, będącą zarazem reżyserskim popisem Lucasa. Co się zaś tyczy "Zemsty Sithów"? Szkoda, że dalej drąży i tak już przegrane wątki i motywy, ale przynajmniej zaoferowano nam tutaj kilka naprawdę świetnych, pamiętnych momentów.


Szkoda tylko, że te zalety nie pokonały licznych wad. Szkoda, że tacy aktorzy, jak Ewan McGregor, Christopher Lee czy Samuel L. Jackson musieli się marnować w tym kiepściutkim scenariuszu. Szkoda, że Lucas tak bezwstydnie gwałci swoje (arcy)dzieła sprzed lat. I szkoda, że najbardziej bad asowa postać w uniwesum to jest Darth Vader okazała się być taką płytką i irytującą osóbką. Naprawdę szkoda, ale cóż uczynić? Jedynie się modlić żeby następne części trzymały poziom. I choć po sadze się wiele nie spodziewam to spinn- offy zapowiadają się bardzo ciekawie! Niech moc będzie z nimi!


Mroczne widmo: 5/10
Atak klonów: 4/10
Zemsta Sithów: 6/10 

I to by był koniec mojego pierwszego zestawienia na blogu! Zastanawiam się nad tematem następnego. Może coś o Tarantino? Może Kubrick? Jeśli macie inne pomysły możecie napisać. Tymczasem żegn... no dobra- Niech Moc Będzie Z Wami!!!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz