wtorek, 10 października 2017

"Blade Runner 2049" recenzja #3+ plus opinia o pierwszej części

Nie jest łatwo stworzyć po 35 latach sequel do filmu tak legendarnego, jak "Łowca Androidów" Ridleya Scotta. Mimo wszystko w Hollywood znalazła się na tyle szalona osoba- Dennis Villeneuve. Czy udało mu się spełnić oczekiwania widzów i stworzyć widowiskowe, a zarazem głębokie dzieło, w pewnym choć stopniu dorównujące oryginałowi?






Zacznijmy od początku, czyli od dzieła Ridleya Scotta (wtedy znanego głównie z filmu "Obcy: 8 pasażer Nostromo") z 1982 r. "Łowca Androidów" był filmem sci-fi, którego akcja działa się w 2019 r. w dystopijnym Los Angeles. Głównym bohaterem był Rick Deckard (Harrison Ford)- łowca androidów (inaczej replikantów). Miał on za zadanie odszukać i wyeliminować grupkę syntetycznych ludzi. I choć opis fabuły brzmi dosyć sztampowo i płytko to film zawarł w sobie coś więcej. Postawił pytajnik nad kwestią granicy człowieczeństwa i przy tym nie popadł w banał i płytkość, a zanurkował w głębiny zadając wiele pytań, a nie dając wiele odpowiedzi. Film dopełniała wybitna realizacja łącząca w sobie stylistykę sci-fi ze stylistyką kina noir. "Łowca Androidów" jest filmem z piękną scenografią, oświetleniem i pracą kamery. I choć w swoim czasie nie zarobił prawie nic (33 miliony dolarów przy 28 milionowym budżecie) to z czasem (w erze rozwoju kina domowego) został doceniony i doczekał się sporej grupy wiernych fanów. Sam Ridley Scott uważa "Łowcę Androidów" za swój najbardziej pełny i osobisty film. Patrząc na filmografie Scotta faktycznie ciężko się nie zgodzić z jego słowami, a jedynym konkurentem do miana "Najlepszego filmu R. Scotta" mógłby być chyba tylko "Obcy: 8 pasażer Nostromo".






Od czasów "Łowcy Androidów" minęło 35 lat, film zdołał urosnąć w legendę i dostał status arcydzieła kinematografii. Ciężka sprawa dla człowieka, który chce wykopać markę i otworzyć z powrotem przed światem. Zastanówmy się co należy zrobić. Po pierwsze- trzeba znaleźć złotą proporcję pomiędzy kinem rozrywkowym, a ambitnym tak, jak to zrobił oryginał. Po drugie- realizacja. Film musi nie dość, że dorównać oryginałowi, ale też dodać coś od siebie. Po trzecie- fabuła. Istotne jest aby potrafić w zgrabny i przede wszystkim sensowny sposób połączyć fabułę sequela z wydarzeniami z pierwszej części. Po czwarte- klimat. Prawdopodobnie jednym z największych atutów oryginalnego "Blade Runnera" jest ta duszna i ciężka cyberpunkowa atmosfera łączona z realizacją stylizowaną na kino noir. Wypadałoby zachować tożsamość filmu. To są według mnie cztery najważniejsze punkty, które "Blade Runner 2049" powinien spełnić. Czy mu się to udało? Z radością stwierdzam, że w zdecydowanej większości... tak!


Zacznijmy od fabuły. Główny bohater- Oficer K (Ryan Gosling) jest androidem. I to żaden spoiler bo to punkt wyjściowy. Otrzymuje polecenie zlikwidowania replikanta będącego starym i nieużywanym już modelem. Na miejscu trafia na informację mogącą pogrążyć cały świat w chaosie. Trop prowadzi go do Ricka Deckarda- głównego bohatera z pierwszej części. Na tym skończę ponieważ scenariusz oferuje kilka zaskakujących zwrotów akcji, których zdradzenie byłoby grzechem. Powiem natomiast, że splecenie ze sobą wydarzeń z obu części wypada naprawdę sensownie i z klasą. Nic nie jest tu naciągane ani na siłę.



Narracja! Otóż nowy "Blade Runner" jest stosunkowo długim filmem (2 godziny 43 minuty). Fabuła jest prowadzona niezwykle spokojnie i powoli, stopniowo budując atmosferę, napięcie i charaktery postaci. I szczerze? Dla mnie film mógłby być jeszcze dłuższy. Dennis Villeneuve zamiast zrobić przepakowany akcją letni blockbuster postawił na zachwycającą, powolną formę. Nie ukrywam- na tym filmie należy się skupić żeby nie pogubić się w wydarzeniach. Każdy wątek tutaj powraca i ma swoje znaczenie dla całości.


No, ale czy udało się zachować wspomnianą proporcję pomiędzy formą, a treścią? Tak... ale nie do końca. Nie będę owijał w bawełnę... to forma tutaj gra pierwsze skrzypce i jest zdecydowanie najwybitniejsza ze wszystkich elementów. Warto wspomnieć tutaj o operatorze kamery- Rogerze Deakinsie czyli jednym z najwybitniejszych współczesnych operatorów. Razem z reżyserem postanowili w dużym stopniu porzucić stylistykę noir i skupić się na budowaniu własnej wizualnej tożsamości. Mamy zatem więcej akcji za dnia i trochę więcej normalnego życia niż w oryginale. I nie sposób nie wspomnieć o scenografii, oświetleniu i pracy kamery, bowiem te trzy elementy tworzą prawdziwe realizacyjne arcydzieło. Jeżeli Roger Deakins nie dostanie w tym roku oscara (jeszcze nigdy nie dostał mimo 12 nominacji) to będzie to jawna kpina ponieważ nie wierzę aby w tym roku ktoś był w stanie go pokonać. Co do treści to niestety można się trochę czepiać. O ile sama fabuła stoi na naprawdę solidnym poziomie to przesłanie... no... jest. I to już duża zaleta, ale nie sposób odnieść wrażenia, że mądrości płynące z filmu były już przekazane w pierwszej części w trochę bardziej subtelny sposób. Otóż (zwłaszcza w trzecim akcie) są tu momenty, które na siłę starają się dopowiedzieć nam fabułę, przesłanie itd. Tak jakby twórcy bali się, że ktoś nie zrozumie. I oczywiście to dosyć zrozumiałe, ale gdzieś z tyłu głowy zostaje myśl, że mogło to być jeszcze bardziej ambitne i skomplikowane. Mimo wszystko pod tym względem nowemu "Łowcy androidów" niczego nie brakuje, a wręcz wybija się on ponad kinową codzienność.


Obsada! W roli głównej możemy tutaj zobaczyć Ryana Goslinga czyli mistrza grania kłody drewna! Jak się jednak okazało potrafi też zagrać coś innego dla odmiany ponieważ wypada tutaj naprawdę, naprawdę dobrze. Jeszcze w żadnym filmie ten aktor mnie tak nie przekonał swoją grą. Jego pozbawiona wyrazu mimika, na którą składają się trzy miny idealnie pasuje do postaci androida. Powraca też tutaj gwiazdor pierwszej części czyli Harrison Ford i uwaga, uwaga... też wypada naprawdę dobrze. To znaczy miał wiele do zagrania. Z Harrisonem Fordem jest taki problem, że większość jego ról to ta sama piosenka. Han Solo, Indiana Jones czy Rick Deckard w pierwszym "Łowcy Androidów" to postacie szarmanckich poszukiwaczy przygód, kobieciarzy i ogólnie to samo do znudzenia. Tutaj natomiast jego rola wygląda inaczej. Ford musi okazywać za pomocą swojej mimiki dużo emocji i wychodzi mu to naprawdę dobrze. Na drugim planie możemy spotkać też Jareda Leto, jako Niandera Walleca- twórcę tysięcy androidów, który ma dużo mniejszą rolę niż by wskazywały na to trailery. Jest on dosyć przegięty i balansuje na granicy autoparodii, ale całe szczęście jej nie przekroczył. Oprócz tego mamy jeszcze cztery dosyć ważne postaci kobiece w tym Robin Wright znaną m. in. z "House of Cards", która wypada bardzo przekonująco. Ogólnie ciężko się do kogokolwiek z obsady przyczepić, wszyscy sprawdzają się przynajmniej dobrze.


To wszystko brzmi bardzo pięknie. Bo faktycznie jest to bardzo piękne... ale z jakiegoś powodu ludzie nie chcą się o tym przekonać. Mimo naprawdę dobrych recenzji, boxoffice po weekendzie otwierającym wynosi tylko 82 miliony dolarów, co przy 150-milionowym budżecie, jest wynikiem naprawdę słabiutkim. To smutne biorąc pod uwagę, jak wiele pracy i serca włożono w ten projekt, i jaki dobry się okazał, podczas gdy taśmowo wypuszczane produkcje superbohaterskie Marvela czy DC zarabiają dużo, dużo więcej. I niestety bardzo zawinili tutaj amerykanie bowiem z tych 82 milionów zaledwie 32 pochodzą ze Stanów. I niestety nie daje to na myśl producentom, że być może w kinie rozrywkowym warto jednak się bardzie postarać? Poszerzyć horyzonty? Nadać tym wysokobudżetowym produkcjom trochę głębi? Naprawdę ciężko mi znaleźć przyczynę finansowej porażki "Blade Runnera 2049". W końcu mamy tu do czynienia z legendarną marką, znanymi aktorami, szanowanym i głośnym w ostatnich latach reżyserem, po za tym promocja filmu stała na wysokim poziomie. Trailery zapowiadały pięknie zrealizowane kino akcji, które powinno sprowadzić szeroką publikę do kin. Dlatego właśnie porażka "Łowcy androidów" na rynku jest dla mnie tak niezrozumiała. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że pozytywne recenzje skłonią publikę do pójścia do kina i w drugi weekend film zarobi na siebie. I jeśli miałbym dodać coś od siebie do czytelników "Zróbcie coś dla świata i pójdźcie na "Blade Runnera", a nie "Botoks", "Emoji Movie" czy "My Little Pony" bardzo ładnie proszę".


Podsumowując... "Blade Runner 2049" to prawdopodobnie jedna z najlepszych premier w tym roku, jeden z najlepszych sequeli w historii i murowany kandydat do oscarów (jeśli nie w kategoriach głównych to na pewno w technicznych). Polecam obejrzeć w kinie i choć rzadko kiedy to mówię... polecam to obejrzeć w IMAXie, a nie w kinach studyjnych, które tak kocham. Nie oszukujmy się ten film zrobi na was największe wrażenia na, jak największym ekranie i warto wydać kilka złotych więcej aby móc się nim rozkoszować w pełni. A jest się czym rozkoszować. W dobie bezdusznych blockbusterów szytych na miarę, nowy "Łowca androidów" jawi się jako wielka perła kina dla szerokiej publiki. Zatem gorąco polecam obejrzeć i dziękuję za uwagę. Pozdrawiam.

 




Osobista refleksja po filmie:
"Jesteśmy tymi, którymi myślimy, że jesteśmy."



Ocena: 9/10

2 komentarze:

  1. Fabuła właśnie, moim zdaniem, zawiera bardzo poważne luki. Widzimy futurystyczne miasto ale nie widzimy osób (nie ma ani ludzi, ani replikantów) - największa scena zbiorowa to chyba dzieci w sierocińcu, który jest straszliwie ważny i ma potężną ochronę "z góry" (ale nie wiadomo czemu? wątek pedofilski, czy co?). Replikantom z pierwszej części o coś chodziło - żeby żyć dłużej niż te "przydziałowe" 5 lat - o co walczą teraz i czy w ogóle walczą - nie wiadomo. Film ładnie sfilmowany i przyzwoicie zagrany, ale co z tego? Zdecydowanie za długi jak na tak wątłą akcję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co do walki replikantów... ona nie była tutaj ważna. To bardzo kameralna historia jednego replikanta K. Zauważ, że mimo iż "rebelia" jest wspomniana, tak naprawdę została wręcz olana przez głównego bohatera. To on jest sednem tej historii i z jego perspektywy wysyłany jest nam przekaz. Co do sierocińca, musiałbym sobie jeszcze przypomnieć kontekst więc nic ciekawego nie powiem. A jeśli chodzi o długość to ja osobiście mógłbym go oglądać jeszcze z 20 minut dłużej. Można by to poświęcić np. na postać Niandera Wallace'a

      Usuń