sobota, 28 października 2017

"Breaking Bad"- recenzja najlepszego serialu...

"Chemistry is... well technically chemistry is the study of matter. But I prefer to see it the study of change"- Walter White

Nigdy nie byłem bardzo serialowym typem. Albo nie miałem wystarczająco czasu, albo chęci. Oglądałem "Sherlocka", dwa sezony "House of cards",  dwa sezony "Gry o tron", i sporo animowanych rzeczy, jak "South Park", "Family Guy" czy niedawno "BoJack Horseman". Ale żaden z wyżej wymienionych tytułów nie wywołał we mnie tyle emocji co "Breaking Bad" Vince'a Gilligana. Dopiero co skończyłem piąty, czyli ostatni sezon i wciąż nie do końca mogę się po nim pozbierać. Dlatego też postanowiłem trochę o tym serialu popisać i oddać mu w ten sposób cześć. Bo, jak już widzicie po tytule "Breaking Bad" to najlepszy serial jaki widziałem...



Waltera White'a poznajemy w jego 50-te urodziny. Jest on kochającym mężem i ojcem, spodziewającym się drugiego dziecka. Uczy on chemii w liceum mimo faktu, że jego kompetencje sięgają znacznie, znacznie wyżej. Pewnego dnia mdleje on w pracy. Okazuje się, że ma nieoperowalnego raka płuc. Kiedy przyłapuje swojego byłego ucznia Jesssego Pinkmana w melinie gdzie gotowana jest metaamfetamina przychodzi mu do głowy pomysł, w jaki sposób może zabezpieczyć finansowo rodzinę. Razem z Jesse'im zaczyna gotować metę i powoli objawia się jego druga osobowość- Heisenberg. Tak rozpoczyna się niesamowita historia i przemiana głównego bohatera. I właśnie ta przemiana jest głównym motywem serialu. Z kolejnymi odcinkami obserwujemy, jak Walter- postać zdecydowanie pozytywna i dosyć tragiczna zmienia się w bezwzględnego i zdeterminowanego Heisenberga. I my mimo wszystkiego co Walter uczyni, nie będziemy w stanie przestać darzyć go tą specyficzną miłością. Tutaj tkwi siła tego serialu. Z czasem łapiemy się na tym, że stoimy po stronie, po której nigdy byśmy nie stanęli gdybyśmy nie znali jej korzeni. Każda chwila rozdziera nas pomiędzy naszą moralnością, a lojalnością wobec głównego bohatera. Pomaga tutaj fakt, że Bryan Cranston w roli Waltera tworzy tutaj prawdopodobnie najlepszą kreację w historii telewizji. Sam Anthony Hopkins o roli Cranstona napisał, że jest the "the best piece of acting I have ever seen". Jednak Walter White nie jest tutaj jedyną wybitną postacią...


... bowiem mało która postać NIE jest tutaj świetna. Walterowi partneruje grany przez Aarona Paula- Jesse Pinkman. Były uczeń głównego bohatera, który mimo, że urodził się w bogatym domu zadaje się z ćpunami (sam zresztą jest) i żyje, jak podrzędny gangsterzyna. I choć jego postać bywa (zwłaszcza na początku) trochę irytująca to z czasem odkrywamy w nim głębie mimo tego, że jest ona silnie kryta pod płaszczykiem osiedlowego debila rzucającego tylko "bitchami" ile wlezie. Oprócz Pinkmana na drugim planie ważne role odgrywa każdy członek rodziny Waltera. Jego żona Skyler-  niby dobra kobieta, która jednak pokaże pazury, ale dopiero w trzecim sezonie, syn Walter Jr- nastoletni chłopak z porażeniem mózgu, niezdolny do chodzenia inaczej, jak o kulach. Do tego dochodzą jeszcze szwagrostwo- Hank i Marie. Hank jest agentem DEA (Drug Enforcement Administration) co jest, jak się zapewne domyślacie dosyć niezręczne dla Waltera, który pnie się w hierarchii świata narkotyków. Za to Marie to najprawdopodobniej najbardziej irytująca część familii. Taka gdekająca kurka z kleptomanią i słabością do bobasków. Ta ostatnia jest zdecydowanie najmniej ważna i jako postać funkcjonuje tylko jako relacja Hank- Marie oraz Skyler- Marie. Oprócz Jesse'go i rodziny oczywiście istnieje też ten drugi, gorszy świat. Gangsterów, "biznesmenów", przywódców karteli itd. poznajemy tutaj naprawdę wielu. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ekscentryczny prawnik Saul Goodman- świetnie zagrany przez Boba Odenkirka. Każda z wymienionych postaci wprowadza własne, mniej lub bardziej, ważne wątki. Właśnie wątki to kolejna część, o której warto tu pomówić...


Fabuła serialu jest... fenomenalna! Choć w trakcie znajdują się dłużyzny to zazwyczaj jest to i tak tylko cisza przed burzą. I kiedy już się patrzy z perspektywy całości... to naprawdę nie można wyjść z podziwu, jak bardzo hmmm... staranna i dopracowana jest historia. Wątki, cała masa wątków wpływa na siebie i prowadzi dalej budując fabułę oraz charaktery bohaterów. Wydarzenia lub postaci, które w każdym innym dziele zostałyby porzucone po pierwszym użyciu tutaj są używane, aż się wyczerpią. Każdy szczegół, który możemy pominąć podczas notowania treści w mózgu może powrócić i znacząco wpłynąć na wydarzenia. Konsekwencja z jaką twórcy trzymają się tego co zaczęli jest niebywała. I za to należą się brawa.


Do tego wszystkiego dochodzi realizacja. Najbardziej charakterystyczne dla serialu są teledyskowe montaże podczas m. in. gotowania mety. Całość budują naprawdę dobre zdjęcia. Pod tym względem najbardziej wybija się sezon piąty. Od razu było widać, że twórcy wiedzą, że to pożegnanie i starają się, jak tylko mogą aby było to możliwie najlepsze zakończenie. Nie jestem szczególnym znawcą operatorki i montażu, więc moja analiza jest czysto doznaniowa. A doznania wizualne "Breaking Bad" są najmniej dostarczające.


No, ale serial się toczy i toczy, wątki się kończą i wszystko zmierza do finału, do sezonu piątego. Z wysokimi oczekiwaniami podchodziłem do ostatniego sezonu... zacząłem go oglądać... i jejku, jak na standardy "BrBa" to było naprawdę słabe. Fabuła gnała dziwnym nienaturalnym tempem i wszystko wyglądało, jakby scenariusz był napisany przez fana serialu i były w nim zawarte marzenia odbiorcy, a nie rzeczowe podejście twórcy. Potem jednak w połowie sezonu dochodzi do, dawno wyczekiwanego zwrotu akcji i nagle cały sezon przybiera inne oblicze. I muszę przyznać, że druga połowa sezonu piątego to najlepsze "BrBa"! Nagle z wielkiej narkotykowej polityki przechodzimy płynnie do bardziej kameralnych wątków. Do relacji między bohaterami, które są w stanie szybko obrócić się o 180 stopni. I nigdy żaden cały serial nie wywołał u mnie tyle emocji co kilka ostatnich odcinków "Breaking Bad". To jest taka lawina odczuć, na którą serial pracował całe cztery i pół sezonu. I kiedy wszystko się kończy... odczuwamy pewną pustkę. Serial nie kończy się bowiem na wysokich tonach tylko bardzo kameralnie i bardzo... prawdziwie. Kiedy pojawiają się napisy końcowe z jednej strony chcemy więcej, a z drugiej wiemy, że właściwie jakiekolwiek "więcej" mogłoby zepsuć ideał... to tak, jak dodać paprykę do metamfetaminy Heisenberga. Niby można, ale to by było głupie...


No i na sam koniec... wydźwięk. Jak już wspominałem odbiór jest skrajnie niejednoznaczny i siła serialu tkwi w wystawianiu na próbę naszej tolerancji wobec wydarzeń i zachowań postaci... bo tak naprawdę jako widzowie odbywamy taką samą drogę, jak Walter White. Wraz z nim łapiemy się na tym, że jako widzowie przekraczamy kolejne granice i stopniowo co raz nam dalej od moralnie poprawnej strony. I po pięciu sezonach przekraczanie granic orientujemy się, że właściwie chcemy przekroczyć więcej granic i nie chcemy końca tej opowieści. I właśnie za to uwielbiam "Breaking Bad".


"I did it for me. I liked it. I was good at it. And... I was really... I was alive."- Walter White


5 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. No jakby nie było "You' re goddamn right!"

      Usuń
  2. ogólnie zgadzam sie ze wszystkim, ale wez ty lepiej dokoncz gre o tron :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na razie do głowy wpadło mi z 50 różnych sposobów na spędzenie wolnego czasu, na które mam większą ochotę niż GoT, i jak pomyślę nad tym jeszcze ze dwie minuty to pewnie wpadnie jeszcze ze 200. sorry, ale totalnie nie w moim guście

      Usuń