poniedziałek, 2 października 2017

Miesięcznik zaległości #1- Wrzesień 2017

Zanim przejdziemy do meritum chciałem wam powiedzieć jedną rzecz o sobie... jestem licealistą. 15-letnim jakby tego było mało (od jutra 16-letnim btw...). Logiczny jest zatem fakt, że nie oglądałem wszystkich filmów, które powinienem był aby prowadzić takiego khem, khem prestiżowego i profesjonalnego bloga. Staram się nadrabiać zaległości w miarę systematycznie i mimo faktu chodzenia do szkoły (VI LO w Krakowie, profil artystyczno-filmowy) i często mam taki upierdol, że się po prostu nie da (chyba, że to film Woody'ego Allena na to zawsze jest pora). Postanowiłem więc stworzyć nowy format na blogu, który będzie się nazywał... "Miesięcznik zaległości". Zamysł stworzenia dużo luźniejszego i bardziej osobistego "czegoś", co pomoże wam poznać mnie i mój gust filmowy, bardzo mi się spodobał. Jak już mówiłem będzie to bardzo luźny format, więc nie będę się powstrzymywał przed rzuceniem czasem jakąś "kurwą", jak będę miał ochotę. Jeśli ktoś tu jest czuły na takie rzeczy to... wypierdalać... nie no żartuję tylko.... chyba. Okej jeszcze jedno ważne... na sam koniec ze wszystkich filmów, które wymienię, wybiorę jeden zwycięski, a co rok w okresie oscarowym ze wszystkich zwycięzców wybiorę mój klasyk roku! Tak zwany "Złoty... Ogórek" bo czemu by nie? 





1 września: "Hanna i jej siostry" 1986 r. reż. Woody Allen



Na pewno mówiłem już, że uwielbiam filmy Woody'ego Allena. "Hanna i jej siostry" jest powszechnie uważany jako jeden z lepszych w dorobku twórcy. I nie zaprzeczam jest to niewątpliwie świetne kino, ale z filmów Allena uważanych za te "wybitniejsze" chyba po obejrzeniu "Hanny..." czułem się najmniej zaskoczony i hmmmm.... "wzięty"? I choć film ma piękną wymowę i jest niezwykle wartościowy to z głośniejszych Allenów, które oglądałem ten jest mniej wyjątkowy i ma się trochę poczucie, że się to już chyba widziało. No, ale cóż... to wciąż niesamowity film. 

PS: Wątek bohatera granego przez Allena to mała perełka <3

2 września: "Borat:"Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej" r. 2006 reż. ktoś tam nieważny i tak za wszyskim stał Sasha Baron Cohen.



"Takimi literami z tego filmu bije S-A-T-Y-R-A"- Piotr Czaja, scenarzysta "Kac Wawy" oraz "Na układy nie ma rady".

Zacznijmy od tego, że jest to film odważny w swojej wizji i konsekwentny w jej realizacji. Skoro już wszystkie zalety mamy za sobą to niech się zacznie szkalowanie! "Ja pierdole co za chujnia!" Tak mniej więcej wyglądały moje myśli po obejrzeniu "Borata". Ja rozumiem, że humor jest odważny i czarny... ale dobrze by było jakby był jeszcze, no nie wiem hmmmmm... KURWA ZABAWNY! To było żenujące... wiem, że miało być, ale jakim do ciężkiej, usranej cholery cudem mam wynieść z tego coś więcej niż zniesmaczenie? Ja wiem, że to satyra na co tylko się da, ale jest to jedynie satyra prostacka, bez polotu i jakiejkolwiek klasy. Stanowczo odradzam.

3 września: "Milczenie owiec" 1991 r. reż. Jonathan Demme


Choć brakło mi tutaj trochę hmmm... mniej standardowej reżyserii (jakiejś odważniejszej wizji) to muszę przyznać, że "Milczenie Owiec" to na pewno jeden z lepszych filmów jakie oglądałem w tym miesiącu. I wiem, że jestem głupim gimbusem bo obejrzałem ten święty klasyk dopiero teraz i się nie znam i w ogóle jakim kuźwa prawem mam możliwość wypowiadać się w internecie. Nie będę zaprzeczał- "Milczenie owiec" to wybitny thriller, a Anthony Hopkins to wybitny aktor!!! Jego Hannibal Lecter to jedna z najlepszych kreacji, jakie widziałem. Polecam do obejrzenia wszystkim.

8 września: "Zawrót głowy" 1958 r. reż. Alfred Hitchcock


Hmmmm... bardzo nie lubię się wypowiadać o filmach, które obiektywnie wiem, że są dobre, ale na mnie osobiście nie zrobiły wielkiego wrażenia. Zawsze się wtedy czuję taki głupi, jakbym czegoś oczywistego nie pojął. Ale co poradzę? "Zawrót głowy" mistrza Hitchcocka kompletnie nie wpadł w mój gust. Poprzednie filmy reżysera, jakie oglądałem to były "Psychoza" i "Północ- północny zachód" i oba bardzo mi się spodobały. "Vertigo" natomiast momentami zachwycał, ale przez dłuższy czas raczej nużył. Dobry film, ale obawiam się, że nie czuję go do końca. 

8 września: "Purpurowa róża z Kairu" 1985 r. reż. Woody Allen


No i znowu Allen! Pieprzony Allen! Prawdziwy, niekwestionowany mistrz kina! A z nim "Purpurowa róża z Kairu" czyli prawdopodobnie mój ulubiony film tego twórcy! Poważnie według mnie "Purpurowa róża..." to jedno z największych filmowych arcydzieł jakie miałem przyjemność oglądać w ostatnim czasie! Allen tak zgrabnie balansuje pomiędzy gorzkim i przejmującym dramatem, a rozbrajającą i niezwykle zabawną komedią, że to jest nie do pojęcia. I wydaje mi się, że to jest właśnie esencja tego filmu. Główna bohaterka ucieka do kina przed życiem, aż w końcu kino ucieka do niej przed kinem... brzmi nieźle? Oczywiście, że tak. I właśnie w tej postaci hmmmm... kina widzę największy atut tego filmu. Sala kinowa jest tu, jak ostoja szczęścia. Jedyne kolorowe miejsce na świecie. I właśnie to postrzegam jako magię kina. I w momencie kiedy otrzymuję od jednego z moich ulubionych reżyserów magię kina, opowiadającą o magii kina, to jestem dosłownie wniebowzięty... czy raczej wkinowzięty. A tego uczucia nic nie zastępuje.

PS: Mia Farrow gra tu jak jeszcze nigdy u Allena <3

9 września: "Pociąg do Darjeeling" 2007 r. reż. Wes Anderson


Lubię Wesa Andersona... lubię jego piękne światy, specyficzne poczucie humoru i tragicznych bohaterów. "Pociąg do Darjeeling" też lubię. Ale chyba niewiele więcej. Film jest niezwykle ciepły, ładny i pozytywny, ale wciąż brakło mi tutaj tego pazura i tego zdecydowania, które widzieliśmy w "The Grand Budapest Hotel" czy "Fantastycznym Panu Lisie". I choć przyznam, że film ogląda się naprawdę przyjemnie to nie robi on kolosalnego wrażenia. To wręcz idealna pozycja na przyjemny, zabawny wieczór po dosyć ciężkim dniu kiedy człowiek nie ma ochoty myśleć bardzo dużo. A każdy takie wieczory ma.

9 września: "Król Komedii" 1983 r. reż. Martin Scorsese


Film psychologiczny Martina Scorsese z Robertem De Niro w roli głównej??? Brzmi, jak coś co chcę obejrzeć. I choć nie jestem największym fanem Martina Scorsese (zwłaszcza z okresu z Di Caprio) to wszystkie jego filmy z Robertem De Niro, jakie miałem przyjemność obejrzeć uważam za naprawdę dobre. Dlatego z wielkim zainteresowaniem sięgałem po dzieło, w którym jeden z moich ulubionych aktorów wyjątkowo NIE gra gangstera. I muszę powiedzieć, że połączenie sprytnej, nieoczywistej reżyserii Scorsese i jak zwykle genialnej gry aktorskiej Roberta De Niro powstał nam naprawdę dobry film. Rys psychologiczny Ruperta Papkina (główny bohater) jest nakreślony tak powoli, a zarazem dokładnie i wyraźnie, że ciężko nam naprawdę zdecydować co sądzimy o tej postaci. Cały film jest też wyraźną satyrą na społeczeństwo żyjące życiem swoich idoli. Ostatecznie wszystko sprowadza się do jednego... "Lepiej być królem przez jedną noc niż gównem przez całe życie".

9 września: "Niebiańskie dni" 1978 r. reż. Terrence Malick


Nie będę się rozpisywał na temat tego filmu. To naprawdę ładne wizualnie półtorej godziny kina, ale brakło mi tu jakiejś hmmm... głębszej głębi (uczeń na profilu humanistycznym w prestiżowej szkole). To bardzo piękny film, ale niewiele wniósł ani do mojej głowy ani do serca. Niemniej myślę, że warto spróbować.

10 września: "Szepty i krzyki" 1972 r. reż. Ingmar Bergmann


Pewnego rodzaju ekspresja Ingmara Bergmanna na temat śmierci... ze wszystkich filmów o tym będzie mi się pisało najtrudniej bo obawiam się, że nie zrozumiałem wszystkiego. Wydaję mi się, że nie jestem jeszcze na tyle dojrzały i obyty by w pełni rozkoszować się kinem Bergmanna. Mimo wszystko jestem już w stanie zachwalać artystyczną wizję i reżyserski kunszt szwedzkiego reżysera. To bardzo głębokie dzieło, do którego kiedyś wrócę po więcej.

13 września: "Doktor No." 1962 r. reż. Terence Young


Miałem plan zrobić sobie maraton klasycznych Bondów, ale szczerze... nie wiem czy by mi się chciało oglądać coś takiego kilka razy. Nie zrozumcie mnie źle... zabawa była naprawdę fajna, Sean Connery był genialnym agentem 007, w całości było dużo klasy, a zarazem pazura no i jeszcze to muzyka. No klimat po prostu. Ale po obejrzeniu pierwszej części nie nabrałem ochoty na więcej. Prawdopodobnie będę sukcesywnie nadrabiał braki w serii (może Bond na miesiąc hmmm), ale jak na razie nie nabrałem apetytu.

15 września: "Infiltracja" 2006 r. reż. Martin Scorsese



Po raz kolejny Scorsese, ale tym razem mniej entuzjastycznie. "Infiltracja" to kino gangsterskie, opowiadane z perspektywy zarówno przestępcy, jak i policjanta. I w sumie brzmi to zajebiście, ale ostatecznie??? Hmmm... film nie wzbudza za dużo emocji, (poza scenami z Jackiem Nicholsonem, który jest królem) mimo naprawdę dobrej reżyserii. Wiele nie wniósł i właściwie im dalej w las tym bardziej nużył. Wydawał mi się za długi i z czasem coraz bardziej bez pomysłu, aż doszło do kompletnie zdupowego epilogu, który nie pozostawia żadnej satysfakcji po filmie. Mimo wszystko warto obejrzeć choćby dla samej roli Jacka Nicholsona. Pokłony dla króla!


16 września: "Gladiator" 2000 r. reż. Ridley Scott


Zastanawiam się czy powiedzenie gdzie chodzę do szkoły było dobrym pomysłem bo po tym co tu napiszę ktoś zechce ją wysadzić... chuj tam i tak tego nikt nie przeczyta... NIE LUBIĘ GLADIATORA!! UWAŻAM, ŻE JEST KICZOWATY, BEZ SMAKU, A GŁÓWNY BOHATER NA SAMYM POCZĄTKU FILMU UDOWADNIA, ŻE JEST PIEPRZONYM DEBILEM, KTÓRY NIE WIE, JAK SIĘ POSTĘPUJE Z LUDŹMI. No dobra uznajmy, że to ładny, pusty, rozrywkowy film idealny do Polsatu i rodzinnego wieczoru. No, ale błagam.... dlaczego tylu ludzi widzi w nim takie pieprzone arcydzieło? Prawdopodobnie gdybym podszedł do tego, jak do zwykłego blockbustera to bym był nawet zadowolony, a tak??? A tak NIE!

PS: Moja szkoła leży na ulicy Wiejskiej, (taki okrągły biały budynek) detonujcie co tam macie. 

16 września: "Tajemnica morderstwa na Manhattanie" 1993 r. reż. Woody Allen


Odsyłam do rankingu "TOP 5 moich guilty pleasures", tam wszystko jest.

20 września: "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" 2013 r. reż. Felix Herngren 


Nowy "Forrest Gump"? Być może, ale cholernie nudny i niezbyt zabawny. Fajna rola główna, kilka zabawnych momentów (impreza u Stalina), a po za tym właściwie niewiele wyniosłem z tego filmu. Ani się nie uśmiałem, ani nie wzruszyłem, ani nie wciągnąłem w fabułę. Nie ma o czym gadać. Jedziemy dalej.

22 września: "Sekretne życie Waltera Mitty" 2013 r. reż. Ben Stiller


Jako iż sam znam uroki świata wyobraźni, postanowiłem obejrzeć film Bena Stillera, mimo, że trailery, plakaty itd. mnie nie zachęcały. No i cóż... zacznijmy od zalet. Ogólnie film jest ładny... i bywa zabawny. Ale przy tym gubi subtelność i staje się zbyt dosłowny. Ponownie mam odczucie, że im dalej w las tym ciemniej i gorzej. Ostatecznie zakończenie jest dosyć żałosne choć kryje w sobie pewne urocze przesłanie. Kolejny z serii kanapowych filmów w sobotę wieczór na Polsacie.




I pierwszy "Złoty Ogórek" miesiąca trafia do...... "Purpurowej róży z Kairu" Woody'ego Allena! 


Zdecydowanie zrobił na mnie największe wrażenie z całej stawki! Wiem, że wielu widziałoby tu "Milczenie Owiec", "Gladiatora" czy "Zawrót Głowy", ale to przecież mocno subiektywna hmmm... nagroda. Tak czy siak pierwszy miesięcznik już za nami i  wracamy z tą serią, jak się zapewne domyślacie za.... miesiąc! Do zobacze... usłyszeni... przeczytania! 








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz