wtorek, 31 października 2017

Miesięcznik zaległości #2- Październik 2017

Witam w październikowym miesięczniku zaległości! Jako iż rok szkolny zaczął się na dobre i miesiąc październik nie był dla mnie zbyt łaskawy w życiu zarówno szkolnym, jak i osobistym, to obejrzałem znacznie mniej filmów niż bym chciał. Do tego dochodzi fakt, że w tym miesiącu dokończyłem nareszcie "Breaking Bad" i poświęciłem mu sporo czasu, który normalnie spędziłbym na oglądaniu filmów (Woody'ego Allena najprawdopodobniej bo innych nie umiem :p).  Mimo wszystko klasycznie o wszystkich tytułach napiszę krótki tekst zawierający moją opinię, a na sam koniec wyłonię z nich zwycięzce! Zapraszam!



1 października: "Wspomnienia z gwiezdnego pyłu" 1980r. reż. Woody Allen


Ostrzegam- w tym miesięczniku będzie sporo Woody'ego Allena. Tak się złożyło, że na filmy akurat tego reżysera miałem największą ochotę ponieważ ich przesłanie i sarkastyczny humor bardzo poprawiają samopoczucie. "Wspomnienia z gwiezdnego pyłu" były mi polecane już od jakiegoś czasu, ale długo zwlekałem z obejrzeniem ich ponieważ uchodzą za jeden z bardziej skomplikowanych filmów Allena. I to jest fakt. Nie dość, że zaburzona jest chronologia to jeszcze, w którymś momencie przestajemy być pewni czy to co widzimy to faktyczne wydarzenia, film w filmie czy wyobraźnia głównego bohatera. Ale co najlepsze przesłanie (niezbyt skomplikowane, ale trafnie zaprezentowane) jest widoczne i nie ma opcji aby umknęło mimo narracyjnych fajerwerków. Na pewno powtórzę sobie seans tego filmu za jakiś czas. Klasycznie jak to u Allena, mamy tu całą masę humoru (momentami Allen osiąga wyżyny) oraz dużo zabawy formą. Film jak najbardziej do polecenia, ale myślę, że jak ktoś nie miał za dużo kontaktu z tym nowojorskim reżyserem to na początek powinien obejrzeć inne dzieła tego twórcy, a potem natomiast zabrać się za "Wspomnienia z gwiezdnego pyłu". 

4 października: "Gabinet doktora Caligari" 1920 r. reż. Robert Wiene  


To niestety jeden z tych klasyków przez, który przebrnąłem z obowiązku. Prawdopodobnie wybrał zły czas na ten film i zamiast zabierać się z niemiecki ekspresjonizm powinienem był obejrzeć coś... cokolwiek... innego. Mimo wszystko nie mogę odebrać temu dziełu swojej przełomowości, wybitnej scenografii i silnej artystycznej wizji. Film obowiązkowy dla właściwie każdego prawdziwego kinomaniaka, ale jeśli nie zbudujecie sobie wcześniej odpowiedniego nastawienia i humoru to obawiam się, że nie będziecie potrafili w pełni się tym filmem rozkoszować. 


9 października: "GoldenEye" 1995 r. reż. Martin Campbell



Jak już mówiłem w poprzednim miesięczniku" mam zamiar oglądać przynajmniej jednego Bonda miesięcznie, w ramach nadrabiania tej długiej serii. Ponieważ jednak nigdy nie czułem się zbyt oddany agentowi 007 postanowiłem nie męczyć się oglądaniem chronologicznie całego cyklu, a wybierać sobie poszczególną część, na którą wydaje mi się, że mam ochotę. Padło na "GoldenEye"czyli pierwszego Bonda z Piercem Brosnanem w roli głównej. No i cóż... zdecydowanie największą zaletą filmu jest postać antagonisty, który jak na bondowskie standardy jest wyjątkowo dobrze zbudowaną postacią. Ponadto został świetnie zagrany przez Seana Beana. Co do reszty... no jest całkiem nieźle. Fabuła, postaci i narracja są poprowadzone dosyć zgrabnie, a akcja bywa naprawdę widowiskowa i przy tym mocno odrealniona. I fabuła jest... hmmm... BARDZO przewidywalna. I wydaję mi się, że mój problem z bondami jest taki, że nie do końca czuję esencje tych filmów. Przyjemnie mi się ogląda poczynania głównego bohatera, jego styl, klasę, kobiety, ale zawsze mi się wydaję, że wystarczy. Spędzam miło dwie godzinki, ale nigdy nie mam ochoty na więcej. 
Jeśli chcecie coś jeszcze poczytać o agencie 007 to mój kolega wrzucił jakiś czas temu na bloga tekst z okazji 55 rocznicy serii. Zapraszam: https://planetakina.blogspot.com/2017/10/to-juz-55-lat-niech-bond-bedzie-z-wami.html

13 października: "Między słowami" 2003 r. reż. Sophia Copolla



Hmmm ciężko coś napisać o tym filmie bez używania słowa subtelny... subtelnie nakręcony, z subtelnym przekazem no ogólnie subtelny do potęgi. W rolach głównych widzimy świetnego Billa Murray'a i początkującą, ale naprawdę dobrą Scarlett Johanson. Jako widzowie jesteśmy świadkami powstawania specyficznej relacji między tymi bohaterami. To dobry film. Mnie osobiście nie zachwycił, ale nie czułem ani przez chwilę, że nie chcę mi się go oglądać. Myślę, że to film, który wielu ludzi może uznać za arcydzieło, ale nie do końca uderzył w mój gust. Film spokojnie sobie hmmm... płynie, a subtelny przekaz jest nam wpajany... między słowami.

13 października: "Wszyscy mówią: kocham cię" 1996 r. reż. Woody Allen



Nie przepadam za musicalami. Mimo wszystko zdecydowałem się obejrzeć jedyny film w tym gatunku, w dorobku Allena. No i... jest ok. Reżyser się nie cacka i  bierze tu na warsztat miłość... po prostu, na różnych jej etapach, z czego każdy bohater reprezentuje inne jej oblicze. I do tego dochodzą dosyć zabawne piosenki i masa Allenowskiego humoru. Nie jest to najlepszy film Allena jaki widziałem... powiem więcej raczej nie jest to jeden z piętnastu najlepszych filmów Allena, które obejrzałem, ale jest dobry. Całościowo stoi na naprawdę wysokim poziomie. Jeśli lubicie Allena, polubicie ten film. Ja polubiłem mimo całej mojej antypatii do gatunku musicali. 

15 października: "Łowca jeleni" 1978 r. reż. Michael Cimino 


Nie to nie jest film wojenny. To jest film antywojenny. Film o prawdziwej przyjaźni. O okrucieństwie i bezsensie wojny. To film, który trzeba poczuć. I nie jest to takie łatwe przez ponad trzygodzinny format. Film ma klasyczną trzyczęściową konstrukcję. Pierwsza to godzinna sekwencja ślubu. Ten rozbudowany prolog ma na celu przedstawić widzom zarówno całe społeczeństwo, jak i każdego z bohaterów z osobna. Potem nadchodzi wojna. I wbrew powszechnemu skojarzeniu kina wojennego z wysokim budżetem, armią statystów i efektów pirotechnicznych, tutaj jest inaczej. Reżyser przedstawia nam wojnę za pomocą... metafory to znaczy sceny rosyjskiej ruletki w wietnamskim obozie jenieckim. Za każdym razem kiedy, któryś bohater musi podnieść rewolwer i przyłożyć do głowy, doskonale widzimy emocje wyrażane przez jego twarz. Przerażenie, niepewność kolidują tu jednak też z pewnym stylem i niestety uzależnieniem. Człowiek nie ginie tylko kiedy pistolet wypali. Człowiek stopniowo umiera za każdym razem, jak pociągnie za spust. I tak, jak wojna zmienia ludzi tak rosyjska ruletka zmienia postaci.  Widzimy, że życie bohaterów nigdy nie wróci do normy po tym wszystkim co przeszli. No i potem jest już długi epilog, który przypomina trochę krajobraz po bitwie, porozdzierany ranami, których już się nie da zagoić. Do całego geniuszu w wydźwięku dochodzi też geniusz obsady. W roli głównej widzimy tutaj fenomenalnego Roberta De Niro, który już od dłuższego czasu figuruję u mnie jako ulubiony aktor. Na drugim planie świetne występy zaliczyli młodzi Christopher Walken i Meryl Streep. Podsumowując "Łowca jeleni" to intensywne doświadczenie, którego nie da się zapomnieć.

16 października: "Miłość i śmierć" 1975 r. reż. Woody Allen


Kiedyś w zamierzchłych czasach Woody Allen nie był osobą powszechnie zapisaną w świadomości każdego człowieka mającego więcej niż 15 lat i ponad 10 obejrzanych filmów na koncie. Wszystko się zmieniło dopiero po "Annie Hall", które  wskoczyła na galę oscarów 1977r. i zjadło parę najważniejszych kategorii w tym za najlepszy film 1977r. Ale to nie o tym będziemy teraz rozmawiać. Dwa lata przed "Annie Hall" premierę miał film Woody'ego Allena- "Miłość i śmierć". Jest to komedia dziejąca się w Rosji w czasach napoleońskich (polecam obejrzeć wszystkim ludziom, którzy widzieli 3 filmy Allena i narzekają, że wszystkie są o miłości w Nowym Jorku). I co ciekawe humor jest tutaj, jak najbardziej Allenowski, ale zdarza się też sporo scen slapsticku co w późniejszych produkcjach reżysera jest raczej niespotykane. I oprócz walorów komediowych film oferuję dużo przemyśleń natury egzystencjalno- moralno- miłosno- i tak dalej. Występuje tu też sporo ciekawej zabawy formą. Allenowski standard, ale jakże przyjemny. 

17 października: "Życie Carlita" 1993 r. r. Brian De Palma


Kiedy myślimy o największych twórcach kina gangsterskiego przychodzą nam do głowy Francis Ford Coppola, Martin Scorsese, Sergio Leone (choć stworzył on tylko jeden film w tej konwencji), Quentin Tarantino i... Brian De Palma. I szczerze tego ostatniego zawsze darzyłem najmniejszym entuzjazmem z całej gromadki. Tak wiem "Człowiek z blizną" to świetny, kultowy film, ale już na przykład "Nietykalni"? Moim zdaniem to takie filmidło bez wyrazu funkcjonujące w eterze tylko przez fajne rolę Roberta De Niro i Seana Connery'ego. Co zatem sądzę o "Życiu Carlita"? No od razu powiem, że jest lepiej niż przy okazji "Nietykalnych", ale wciąż dużo gorzej niż "Człowiek z blizną". Całościowo film niczym się nie wybija. Al Pacino gra podobnie, jak zwykle... czyli dobrze, ale to nic nowego. Jest kilka fajnych scen, wątek miłosny. Aż wszystko sprowadza się do epilogu, który jest naprawdę świetną filmową sekwencją i bardzo dobrze wyważonym napięciem i dramaturgią. To dobry film. Na pewno nie jest to arcydzieło, do którego jeszcze wrócę, ale nie żałuję, że obejrzałem.

18 października: "Koralina i tajemnicze drzwi" 2009r. reż. Henry Selick


Lubię od czasu do czasu obejrzeć jakąś animację. Czasem mnie bierze na Pixara, czasem na Ghibli, a czasem na animacje poklatkowe. Moim ulubionym reżyserem w tej dziedzinie jest Tim Burton twórca "Gnijącej Panny Młodej", "Frankenweenie" oraz "Miasteczka Halloween". Co ciekawe, a niewiele osób o tym wie ostatni film z tej listy nie był reżyserowany przez Burtona, ale tylko wyprodukowany. Reżyserem "Miasteczka Halloween" był mniej znany Henry Selick. Po latach ten twórca powrócił ze swoją kolejną animacja "Koralina i tajemnicze drzwi". I jak mu wyszła? No powiem tak- naprawdę nieźle. Często kiedy w animacjach głównym bohaterem jest dziecko... to go nie lubię... tak już mam. Tutaj jest inaczej. Koralina to dosyć charyzmatyczna i, o dziwo, sarkastyczna młoda osoba i co ważne kompletnie nieirytująca. Oprócz dobrej głównej bohaterki mamy też świetną realizacją. Animacja jest wykonana po mistrzowsku, a projekty postaci są naprawdę kreatywne. Osobiście uważam, że takie bajki to sama radość dla osób w każdym wieku.

26 października: "Lepiej być nie może" 1997.r reż. James L. Brooks


Istnieje na świecie taki gatunek filmów, które mają wywołać u nas trochę śmiechu, trochę wzruszenia, do tego jeszcze trochę jakiegoś prostego przekazu, aby mógł uchodzić za mądry i w obsadzie musi być przynajmniej jedno głośne nazwisko. Te trzymają się standardów i są strasznie bezpieczne. Parę przykładów "Forrest Gump", "Nietykalni" (ci z 2011r.), "Zapach kobiety", "Mój przyjaciel Hachiko", "Pan od muzyki", "Złap mnie jeśli potrafisz" czy  "Lepiej być nie może". I jak pewnie wyczuliście po opisie tego "gatunku" możecie się domyślić, że nie jestem zbyt wielkim fanem. Oczywiście niektóre filmy z wyżej wymienionych bardzo sobie cenie, ale osobiście żadnego nie uważam za arcydzieło nawet "Forresta Gumpa" i "Zapachu kobiety". Dlatego "Lepiej być nie może" nie podeszło mi do gustu. W roli głównej mamy Jacka Nicholsona, który (o dziwo) gra niezbyt dobrą osobę. I film kręci się wokół tego, jak Nicholson z wrednego i cynicznego sąsiada zmienia się w kochającego pieski, pozytywnego człowieka. Nic w tym odkrywczego. Dlaczego zatem film uchodzi za klasyk? No pewnie przez tego cholernego Jacka Nicholsona! Gościu jest taki świetny, że zmienił to filmidło w całkiem przyzwoitą rzecz. Prawdziwy aktorski geniusz. Tylko dodam, że jest w filmie scena kiedy Jack Nicholson gra na pianinie i śpiewa "Always look on the bright sigh of life"... gdyby cały film był taki dobry.

27 października: "Więzień nienawiści" 1998r. reż. Tony Kaye


Pomysł był dobry... i film też jest dobry... ale kurde mógł być lepszy. Zabrakło niestety subtelności w przekazie co jest dla mnie dosyć niezrozumiałe biorąc pod uwagę, że wydźwięk filmu jest naprawdę prosty i tkwił w nim potencjał na coś więcej niż otrzymaliśmy. Ostatecznie otrzymujemy ładnie nakręcony film z masą patosu i świetną rolą Edwarda Nortona, bez którego to dzieło byłoby znacznie, znacznie gorsze. Można obejrzeć... ale można też nie obejrzeć... 




I uwaga, uwaga przechodzimy do wręczenia "Złotego Ogórka" za październik 2017... i zwycięzcą jest "Łowca jeleni". Świetne kino, świetny film. Przez długi czas realnie zastanawiałem się nad nagrodzeniem "Wspomnień z gwiezdnego pyłu", ale mimo wszystko nagroda ląduję do filmu Michaela Cimino!  



To tyle jeśli chodzi o miesięcznik zaległości z tego miesiąca. Widzimy się za około 30 dni! Ciao!












Brak komentarzy:

Prześlij komentarz