czwartek, 5 października 2017

To już 55 lat! Niech Bond będzie z wami!

                      My name is Bond...Still Bond - Pogadanki #1

Hej, Wszystkiego najlepszego! Dzisiaj swoje 55 urodziny obchodzi nie kto inny, a najsławniejszy ( i prawdopodobnie najlepszy) tajny agent jej królewskiej mości, James Bond.






Kto nie zna Bonda? No kto? Nawet obniżmy trochę poprzeczkę, kto o nim nie słyszał? Słyszał o nim każdy i nie ważne, czy oglądał wszystkie filmy z serii, czy jedynie oglądał z rodzicami Skyfall, czy po prostu nigdy nie miał siły ani czasu by zabrać się za ten nieprzerwany ciąg filmów?






Zaczynanie teraz nie było by wcale chybionym pomysłem. Wręcz przeciwnie, jakby się tak bliżej przyjrzeć naszemu agentowi, to można by śmiało powiedzieć, że nie zmienił się przez prawie pół wieku.

Począwszy od najstarszego, mocno podstarzałego już Dr. No do nadchodzącego małymi krokami ,,Sheterhanda" James Bond nie przeszedł żadnej transformacji. Oczywiście, wcielało się w niego wielu aktorów, każdy odróżniał się od innych i starał się wykrzesać z agenta 007 jak najwięcej życia i charakteru. Mimo wszystko, Bond nie zmienił się - na przestrzeni tych lat wciąż pozostał lekko zadufanym w sobie, ale w zasadzie dobrym człowiekiem, oddanym służbie, mistrzem walk i kierownicy, lubującym się w kobietach, kasynach, alkoholu i szybkich samochodach. Nie da się zaprzeczyć - był kobieciarzem? No był. Cudem wychodził z najróżniejszych sytuacji? Wychodził. Każda jego kolejna ucieczka przed śmiercią była co raz bardziej naciągana? Oczywiście, że tak.

I nie ważne, czy to był charyzmatyczny Sean Connery, stylowy Roger Moore, Rozrywkowy Timothy Dalton, Pierce Brosnan czy stosunkowy młody w swoim fachu Daniel Craig. Bond pozostawał Bondem.

Idąc tym tropem, nie zmieniał się więc i za bardzo kierunek w jakim podążały te filmy oraz utrwalone schematy. To znaczy wiecie, ciężko żeby schemat mógł się w ogóle zmienić. Użyłem po prostu takiego określenia :'')Nie muszę chyba rozpisywać się nad tym, co w takich filmach było i jest - wystarczy, że cofniecie się wzrokiem o parę linijek do góry, gdzie wypisałem listę swoich skojarzeń z nim związanych - filmy z Jamesem Bondem to nic innego, jak jeden powtarzający się motyw. Jest wróg, który grozi całemu światu. I ma oczywiście swoich sługusów, którymi trzeba się zająć. Zawsze jest jakiś spisek. Sam Bond zostaje wysłany by zająć się sprawą, ale oczywiście jak na niego przystało, zawsze znalazł się czas na flirty z pięknymi kobietami (średnio dwie na każdy film), picie martini (oczywiście jak zawsze, wstrząśnięte, ale nie zmieszane), nierzadko powiązanymi w jakiś sposób z głównym antagonistą. Zawsze był jakiś pościg czy strzelanina, zazwyczaj rozdzielająca dwa akty filmu. Zawsze nadchodził moment, kiedy Bondowi wydawało się, że traci przewagę (i w zasadzie też często miał co do tego rację). Zawsze też wtedy jakaś jego konkretna cecha była wystawiana na próbę. Ostatecznie jednak wszystko dobrze się kończyło. To jest naprawdę banalnie proste, ale ma to nadal pewien urok.

Pewnie, są rzeczy które się zmieniały - jak wyżej wspomniałem, co jakiś czas kto inny zajmował główną rolę w obsadzie, zmieniali się ludzie wokół Bonda, realia. Do zmian oczywiście szło się przyzwyczaić, chociaż niektóre raniły serca. Po każdym starym Q czy M pozostawało poczucie pustki.











W zasadzie patrząc z dzisiejszej perspektywy, dopiero filmy ,,ery Craiga" jak to lubię nazywać starają się popchnąć serię w inną stronę. Agent jej królewskiej mości wciąż pozostaje sobą w najlepszym wydaniu, ale seria poszła w nieco inny kierunek, łączący film szpiegowski z wybuchowym blockbusterem, Kobietą na stanowisku szefa MI6 i dużą dawką akcji. Tak przynajmniej prezentowało się ,,Casino Royal". Po nim każda kolejna cześć była całkiem kompletnym świeżym produktem, nie opartym o żadną ze książek Iana Fleminga. Gdy w Quantum of Solace spróbowano zrobić węzeł fabularny między tą a poprzednią częścią, po czym uczyniono Skyfall filmem całkiem innym niż poprzednie Bondy, można było pomyśleć, że seria rozbłyśnie całkiem na nowo, a przynajmniej - inaczej.


W zasadzie najnowsza cześć przygód brytyjskiego agenta też łączy się fabularnie z trzema poprzedniczkami, ale jednocześnie wraca do korzeni serii bardziej niż jakikolwiek inny film. A wygląda na to, że i Sheterhand będzie utrzymany w tym duchu. Czy to źle?


Nie, wcale - gdyby spojrzeć na to, ile seria już trwa na srebrnych ekranach, to widać doskonale, że nie potrzebuje ona pod tym względem jakis przesadnie wielkich zmian.


Sam nie wiem jak to się stało, ale James był, jest i będzie - tu już nie można do końca mówić o serii filmowej, a wręcz o marce, która na tyle weszła do popkultury, że ciężko będzię ją stamtąd przegonić.


Niech Bond będzie z wami! Wszystkiego najlepszego z okazji 55 lat serii! usłyszymy się ponownie, gdy dobijemy do setki :)














W sumie to całkiem ciekawa sprawa, bo na przestrzeni 55 lat, w ponad 24 filmach w jedynie dwóch filmach tytułowy bohater nie stwierdził, że ma ochotę na ,,Martini z wódką, wstrząśnięte, nie zmieszane". W jednym na pytanie co pije odpowiada ,,nie wiem. Co piję?" a w drugim na pytanie czy drink ma być wstrząśnięty czy zmieszany odpowiada ,,mam to gdzieś". Sam sprawdzałem.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz