niedziela, 22 października 2017

,,Twój Vincent" recenzja #4

Kiedy wybierasz się do kina na filmy takie jak ,,Twój Vincent" to jednocześnie wiesz i nie wiesz, czego się spodziewać. Spodziewasz się czego? - film z niewielkim budżetem, więc twórcy mogli pobawić się konwencją, wymyślić kreatywny pomysł i przedstawić go. Liczy się forma, nie treść. Ale z drugiej strony, jeżeli już ktoś może tak zrobić, to nigdy nie możesz mieć pewności, czy ktoś nie postara się wyciągnąć z tego tyle ile się da? Czy poza formą może cię i zaszokować fabuła? A no może jak widać.






Z tym, że ja na Vincenta poszedłem z ciekawości. Nie, nie po to by poznać historie malarza - dzieje Van Gogha znam, to co mi ukazano nie miało mnie zaskoczyć. Liczyłem bardziej na to, że w fotel wbije oprawa audiowizualna, te wszystkie animacje złożone z wielu obrazów namalowanych stylem głównej postaci. I tyle. Niezbyt wysokie oczekiwania prawda?
Chyba zbyt niskie. Bo przyznam szczerze, że nie sądziłem, że Vinceta będzie się dało w jakiś inyn sposób oglądać. Że będzie można nasycić oczy pięknymi widokami, ale na tym się skończy. Wiecie, jak Vincenta w takim razie się ogląda?



Vincenta ogląda się z zachwytem.
Całe to tło wokół fabuły, to co zostało by gdybyśmy ją wycieli - pieści oczy. Nie mówię już tu nawet o samych pojedynczych pejzażach - mówię o całości. Ktoś kto wpadł na pomysł, by ,,narysować" film stylem jakim posługiwał się Van Gogh, był geniuszem i wiedział co robi - ciężko jest mi opisać to, jak pięknie wygląda świat wykreowany i jak bardzo przypomina to, do czego przyzwyczaił nas Vincent Van Gogh. Oglądanie obrazów namalowanych jego pędzlem to jedno, ale kiedy możesz zobaczyć jak ktoś wprawił je w ruch, to całkiem inna sprawa. I nie mówię tu o leniwej animacji, ale o takiej legitnej - ładnej, płynnej, z 12 klatkami na sekundę. Być może dlatego na jego seansach nie odrywa się oczu od ekranu? Chociaż jest coś jeszcze...
Vincenta ogląda się z zainteresowaniem. 
Wspomniałem wyżej, że ładne obrazy to nie wszystko - trzeba tchnąć w nie fabułę. Zadbano o to. W ogóle nie przypuszczałem, że film będzie taką posiadał - spójną, uporządkowana, z paroma wątkami. Ale Wow, udało się. Dostałem więcej niż chciałem, bo dostałem historie, którą śledzi się z wypiekami na twarzy.  Co podkreśli, że sama akcja jak i postacie są świetnie nakreślone niech będzie to, że nawet wiedząc, co stało się z biednym Vincentem, kiedy tylko pojawia się jakiś nowy bohater który rzuca nowe światło na wątek, to zaczynałem się zastanawiać, czy aby ta postać nie ma racji lub nie wnosi czegoś ważnego do sprawy. A historie śledzi się z wypiekami na twarzy.

 

Vincenta ogląda się ze ściśniętym sercem.  Ze łzą w oku jak kto woli.
Nie jest to na pewno film szczęśliwy. I mimo, iż obrazy Van Gogha nadają mu bajkowego stylu, to bajki za dużo tu nie znajdziecie. Znajdziecie za to dużo emocji. Naprawdę dużo, zaczynając od tych przelewających szalę goryczy, a kończąc na tych, które napełnią cię optymizmem. Nie płyną tylko z tego co mówią postacie czy z obrazów. Płyną ogólnie z całego filmu.
I sam już nie wiem, czy ten smutek, w momencie zakończenia filmu był prawdziwy czy tylko wynikał z tego, co zobaczyłem....
Na koniec - Vincenta ogląda się satysfakcją. Nie żałowałem seansu. Wręcz przeciwnie, z sali wyszedłem z dziwnym uśmiechem na ustach. Dostałem film w sam raz dla mnie. Dla mnie, dla ciebie, dla wszystkich.

,,Your, Loving Vincent''

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz