piątek, 15 grudnia 2017

"Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi" recenzja #8+ opinia o "Przebudzeniu Mocy"

Chyba nie miałem jeszcze okazji wyrazić na tym blogu, jak bardzo kocham "Gwiezdne Wojny" i jak dużym elementem mojego życia kiedyś były. Gwiezdna saga była jedną z tych serii, które właściwie rozpoczęły moją miłość do kina. Do dziś uwielbiam oryginalną trylogię, przymykam oko na prequele i... no właśnie... zostały jeszcze najnowsze filmy sagi produkowane przez Disneya.  W tym mający premierę 14 grudnia "Ostatni Jedi". Jak mi przypadła do gustu najnowsza część jednej z moich ulubionych serii? No cóż...



Może najpierw krótko o pierwszej części nowej trylogii- "Przebudzeniu Mocy". Cóż była... odtwórcza. I choć mam do niej masę sympatii głównie spowodowanej nostalgią to ciężko nie zauważyć fabularnych... zapożyczeń z "Nowej Nadziei". Trzeba jednak było w miarę bezpiecznie przywrócić Gwiezdne Wojny na ekrany i dać start następnym odważniejszym produkcjom, więc jestem w stanie wiele wybaczyć. I mimo wszelkich wad "Przebudzeniu Mocy" udało się naprawdę wiele. Między innymi zadebiutowała tam, moim zdaniem, najlepsza postać z nowych filmów- Kylo Ren, który jest dosyć nieoczywistym i wielowymiarowym czarnym charakterem czego właściwie nikt się nie spodziewał. I wiem, że na Kylo spadła cała masa krytyki i wręcz hejtu- moim zdaniem totalnie bezpodstawnego bo jego postaci towarzyszyło wiele zaskoczenia i dobrej gry aktorskiej. Obok powtarzalności fabuły, Kylo Ren był prawdopodobnie najczęściej wytykanym elementem "Przebudzenia Mocy". Cóż... wszystko się jeszcze odwróci....


Jak się zatem spisuje "Ostatni Jedi"? Cóż według mnie jest... okropny, fantastyczny, suchy, zabawny, żenujący, monumentalny, nudnawy, emocjonujący i przede wszystkim... nierówny! Czy w ostatecznym rozrachunku mi się podobał? Oh hell yeah! Wyszedłem z kina zachwycony, ale z uczuciem, że film, który właśnie zobaczyłem wcale nie był dobry. Serio, nie pamiętam kiedy ostatni raz czułem tak mieszane emocje względem filmu. Z jednej mam dużo zastrzeżeń i żalu względem całej masy elementów, które moim zdaniem nie zagrały czy były wręcz denerwujące, a z drugiej strony tak wiele rzeczy wyszło tak absolutnie fantastycznie, że siedziałem w kinie z otwartą gębą i łzami szczęścia w oczach! Zacznijmy może od rzeczy, które mi nie grały...


Struktura. Film składa się z właściwie dwóch wątków głównych, które na sam koniec się zazębiają. Zanim jednak to się stanie to musimy pomiędzy nimi bardzo dynamicznie skakać. Nie pomaga tutaj dosyć chaotyczna narracja i montaż. Jednym wątkiem jest wątek Rey, Luke'a, Kylo, mocy, Jedi i innych ciekawych rzeczy, a drugim... drugim jest wątek ucieczki rebelii przed siłami Nowego Porządku. I ja ponarzekam teraz na ten drugi wątek. Postaci tu dominujące to Poe, Finn i Rose- pierwsza Azjatka w galaktyce. I sprawdzają się oni... sprawdzają się dosyć miernie, a w szczególności ta ostatnia. To typowa silna bohaterka, która będzie mogła łopatologicznie wygłaszać przed kamerą mądrości na tematy różne. Występuje ona tutaj w duecie z Finnem, z którym otrzymuje własny wątek w kasynie, który osobiście uważam za najgorszy element filmu. Jest sam w sobie mało ciekawy, dużo w nim nieśmiesznego humoru i co najgorsze co chwilę przerywa on wszelkie ciekawe wydarzenia. Ogólnie wydaje mi się, że pierwsza połowa filmu jest znacznie gorsza od drugiej. To czym warto wspomnieć to to, że "Ostatni Jedi" trwa dwie i pół godziny co czyni go najdłuższą częścią serii! I miejscami jest to mocno odczuwalne. To co ciekawe od strony narracyjnej to to, że film posiada właściwie kilka punktów kuluminacyjnych co nie przypadło do gustu wielu osobom. Osobiście mi się to nawet podobało. Każdy punkt był większy od poprzedniego i mniej więcej od połowy filmu napięcie nieprzerwanie rosło, a emocje sięgały zenitu. Zanim jednak zacznę się rozpisywać i zachwycać pozwólcie, że jeszcze trochę ponarzekam. 


Humor. Co mnie bardzo zaskoczyło to duża ilość mocno cringowego humoru. Osobiście bardzo mi się kojarzył z komizmem w filmach Marvela. Znacie to, niespodziewane łamanie podniosłego nastroju jakimś niezręcznym sucharem bądź slapstickowym wybrykiem. W pierwszej połowie filmu jest tego od groma i w pewnym momencie autentycznie zaczyna to wkurzać. Nie oznacza to, że absolutnie wszystkie żarty w filmie się nie udały, tego nie mówię. Parę razy wybuchnąłem śmiechem na sali kinowej. Mimo wszystko uważam, że twórcy dosyć niezdrowo wyważyli proporcje i niestety przedobrzyli. Momentami humor potrafi naprawdę wybić z rytmu i zirytować. Do tego podczas filmu mamy do czynienia z ogromną ilością przesłodkich, kosmicznych stworzeń i humoru związanego z nimi. Cóż Disney będzie miał z czego robić maskotki dla tych młodszych...


Narzekać mógłbym jeszcze trochę, ale szczerze nie bardzo mam ochotę ponieważ, jak już mówiłem w ogólnym rozrachunku film mi się spodobał i cóż... lubię go. Więc mam wielką ochotę aby się porozpisywać nad zaletami. W tym celu napiszę pewnie drugi tekst spoilerowy bo to w poszczególnych wydarzeniach i rozwiązaniach fabularnych kryje się najczystsze złoto. Teraz za to spróbuję podejść do tego ogólnie. Od czego by zacząć... narzekałem na wątek Finna, Rose i reszty "rebelianckich ścierw". Z radością ogłaszam, że ten ważniejszy wątek- Rey, Luke'a i Kylo jest rozegrany po mistrzowsku. Twórcy nie bali się odważnie rozwijać relacji między postaciami, a wydźwięk jest mniej czarni- biały niż to zazwyczaj bywa w tej sadze. Kylo to wciąż moja ulubiona postać z tych nowych. Jest wielowymiarowy, dobrze zabrany i w końcu pokazuje swoje prawdziwe możliwości. Rey to wciąż Rey. Ładna, zdolna, dobra i trochę w tym wszystkim nudnawa. No i to na co wszyscy czekali czyli... Luke! Osobiście uważam, że Mark Hamill odegrał tu rolę życia. Osobiście nigdy nie byłem wielkim fanem postaci Luke'a Skywalkera. W oryginalnej trylogii był w porządku, ale Leia i Han zawsze kradli więcej serduszka. Po "Ostatnim Jedi" w mojej osobistej hierarchii ulubionych postaci ze świata Gwiezdnych Wojen Luke awansował o co najmniej kilka oczek. Pod koniec filmu pokazuje swoją prawdziwą potęgę i jest to jeden z najbardziej satysfakcjonujących momentów. Ponadto jego postać wprowadziła dużo nowego w postrzeganiu mocy, oraz odkryła przed nami jej nieznane możliwości. Jest to bardzo godny powrót protagonisty z oryginalnej trylogii. Chciałbym jeszcze wspomnieć o Snoke'u. Cóż jego wątek jest bardzo krótki, wciąż dosyć tajemniczy bez rozbudowanego backgroundu, ale bardzo szanuję, to jak został rozegrany. Właściwie od tego momentu zaczęła się ta lepsza część filmu. Ogólnie wydaje mi się, że gdyby twórcy przywiązali skupili się po prostu na Rey, Luke'u i Kylo, a skondensowali ten drugi wątek, w którym upchnięte były wszelkie, różne, niepotrzebne elementy to moglibyśmy mieć do czynienia z naprawdę fantastycznym filmem. Niestety, jak już wspominałem twórcy nie do końca wyważyli środki przez co "Ostatni Jedi" jest chaotycznym zbitkiem wybitnych i fatalnych elementów. 


Pomówmy jeszcze trochę o realizacji. To co mi się bardzo spodobało to ulokowanie ważnych elementów fabuły. Każdy ze wcześniej wspomnianych punktów kuluminacyjnych otrzymuje inną lokację. Bardzo fajnie twórcy czerpali z otoczenia podczas finałowych scen. Do tego dochodzi ciekawa scenografia, ładne zdjęcia, efekty i oczywiście fantastyczna, jak zawsze oprawa muzyczna Johnny'ego Williamsa. Jest parę scen, podczas których twórcy bardzo starali niestandardowo ukazać pewne wydarzenia za co należy im się pochwała. Podoba mi się, że znalazło się miejsce na zabawę samą sztuką filmową. Te wszystkie elementy dają nam naprawdę ładny Gwiezdno-wojenny obraz.


Mógłbym pisać bez końca. Z jednej strony "Ostatni Jedi" oferuje nam ciekawą zabawę oczekiwaniami widza, parę ładnych zwrotów akcji, naprawdę monumentalny i emocjonujący, pełny napięcia epilog, ciekawy rozwój postaci, odważne rozwiązania fabularne i masę Gwiezdno-wojennej magii, a z drugiej dużo przesadzonego humoru, nieciekawą postać Rose, zbędny wątek kasyna i narracyjny chaos. "Ostatni Jedi" miejscami sięga geniuszu i wyznacza sadze nową jakość, a miejscami potrafi zaczerpnąć z dna. Ostatecznie zostaje nam bardzo nierówny, ale dostarczający film, który dla fanów Gwiezdnych Wojen powinien być świetnym przeżyciem. W końcu wszystkie skrajne przeżycia stanowią swojego rodzaju wartość. Ja z kina wyszedłem z wypiekami na twarzy i myślą- 
"Kocham Gwiezdne Wojny i cholera lubię sobie o tym raz na jakiś czas przypomnieć!" Niech Moc będzie z Wami!

Ocena: 7/10  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz