sobota, 2 grudnia 2017

Miesięcznik zaległości #3- Listopad

Witam w listopadowym miesięczniku zaległości! Na wstępie chciałem właściwie tylko wspomnieć, że obejrzałem w tym miesiącu trochę więcej filmów niż miałem na to czasu. Odbiło się to trochę na mojej edukacji.... ale jebać. Zaczynamy!

1 listopada: "Dziecko Rosmery" 1968 r. reż. Roman Polański 


W życiu zobaczyłem znacznie mniej filmów Polańskiego niż bym chciał. Właśnie dlatego postanowiłem zabrać się za "Dziecko Rosmery". I po obejrzeniu mogę śmiało powiedzieć, że kupuję dzieło Polańskiego. Podoba mi się ta powolna narracja, stopniowe budowanie niepokoju, psychodeliczny klimat no i kreacja Mii Farrow. To wszystko składa się na naprawdę dobry film, ale moim osobistym zdaniem "Dziecku Rosmery" daleko jeszcze do arcydzieła. Miejscami bardzo się dłuży i miałem też poczucie, że z genialnym punktem wyjściowym dało się zrobić jeszcze więcej, a Polański niepotrzebnie postawił sobie granice. Mimo wszystko polecam obejrzeć. Dobry film na start nowego miesiąca!

1 listopada: "Święci z Bostonu" 1999 r. reż. Troy Duffy




Po powolnym i dosyć ciężkim "Dziecku Rosmery" miałem ochotę na coś lżejszego. Coś w stylu Tarantino. Sięgnąłem zatem po "Świętych z Bostonu". I jako fan Tarantino byłem zachwycony. Wszystko było na swoim miejscu. Dialogi, przemoc i zabawa formą. Sam punkt wyjściowy jest ciekawy i nawet pozostający pole do dyskusji. I wiem, że film nie jest bez wad, ale szczerze... wisi mi to. Jedni lubią dla rozrywki kino superbohaterskie, inni horrory jeszcze inni wolą obejrzeć po raz setny Harry'ego Pottera. Ja natomiast lubię się odmóżdżyć przy Tarantino... nawet jeśli nie jest to Tarantino... no cóż, nawet naśladować da się świetnie.

2 listopada: "Scott Pilgrim kontra świat" 2010 r. reż. Edgar Wright

 

Skoro już jesteśmy przy zabawie formą... "Scott Pilgrim kontra świat"! No i taaak... jest w sumie niezły. Sporo żartów wyszło naprawdę fajnie, przesłanie jest niegłupie... ale właśnie sama forma choć dosyć szalona i na pewno oryginalna.... niestety mnie odepchnęła. Ciężko mi to nawet opisać. Mimo wszystko polecam spróbować, bo jestem w stanie wyobrazić sobie, wielu ludzi dla, których to może być jeden z ulubionych filmów.

3 listopada: "Bracie, gdzie jesteś?" 2000 r. reż. Joel Coen 



Jakbym miał wymienić jakiś ulubiony duet reżyserski to byliby to bracia Coenowie. Ubóstwiam "Big Lebowskiego", lubię "Fargo" i od dawna ostrzę sobie zęby na "To nie jest kraj dla starych ludzi". Co zatem sądzę o "Bracie gdzie jesteś?". Ano sądzę dosyć dobrze. Co przez to rozumiem? Tego filmu ciężko nie lubić. Humor, ładne zdjęcia, muzyka, klimat. Czy jest to świetne dzieło? Raczej nie... ale na pewno jest to film, który idealnie nadaje się dla zmęczonego tygodniem człowieka, który chce się trochę pośmiać, trochę naoglądać ładnych kadrów i ogólnie przyjemnie spędzić dwie godzinki. A akurat takim człowiekiem byłem 3 listopada. A po "Bracie gdzie jesteś?" byłem zdecydowanie lepiej się czującym człowiekiem. Cóż, w tej kwestii film się sprawdził znakomicie.

3 listopada: "Indiana Jones i ostatnia krucjata" 1989 r. reż. Steven Spielberg




Przygodę z Indianą Jonesem zacząłem od "Królestwa kryształowej czaszki"... no i to był błąd. Co prawda nie mój tylko człowieka, który puścił to w szkolnym autobusie, ale jednak błąd. Nie ukrywajmy "Królestwo..." jest nie dość, że najsłabszą częścią serii to jeszcze nawet nie jest obiektywnie dobrym filmem. Nic dziwnego, że byłem zniechęcony. Potem jednak wziąłem się za "Poszukiwaczy zaginionej arki" i nie powiem, bawiłem się zacnie. Nie byłem zachwycony, ani szczególnie wzięty tym filmem, ale byłem w stanie zrozumieć miłość niektórych ludzi do Indiany Jonesa. Przynajmniej tak myślałem. Postanowiłem pójść za ciosem i wziąłem się za "Świątynie zagłady"... i ten film jest do cholery słaby. Nie dość, że naciągany nawet na standardy serii, ale też cholernie negatywny i ponury. A nie o to chodzi w Indianie Jonesie. Przez "Świątynie zagłady" znowu się zniechęciłem i to był ponowny błąd. Ponieważ "Ostatnia krucjata" to zdecydowanie moja ulubiona część serii i jedyna, która naprawdę chwyciła mnie tym swoim klimatem kina nowej przygody. Duet Ford & Connery jest naprawdę świetny. Fabuła pędzi, a humor trafia. Jak dla mnie wyznacznik kina przygodowego!

4 listopada: "Chłopięcy świat" 1993 r. reż. Michael Caton- Jones



Właściwie ten film obejrzałem tylko dlatego, że gra w nim Robert De Niro. To był dosłownie jedyny powód, dla którego w ogóle o tym dziele słyszałem. I szczerze, jak na film, który obejrzałem tylko przez udział jednego aktora to jest całkiem nieźle. Historia jest opowiedziana dosyć zgrabnie, De Niro gra fantastycznie, a młody Di Caprio mnie nie wkurza (a często mu się to zdarza). I właściwie tyle mam do powiedzenia. Nic, poza De Niro, nie stoi tu na szczególnie wysokim poziomie, ale też ciężko wskazać jakiekolwiek wady filmu. W sam raz do obejrzenia z rodziną... ale nie wiem czy z czystym sumieniem mógłbym ten film komuś polecić. Nie widzę tutaj żadnej płaszczyzny, która wybijała by "Chłopięcy świat" i stanowiła znaczący atut filmu. Jeśli ktoś lubi De Niro tak, jak ja to może być zadowolony bo Robuś odwala tutaj po raz kolejny kawał dobrej roboty,

4 listopada: "Deszczowa piosenka" 1952 r. reż. Stanley Donen, Gene Kelly


Raczej nie jestem fanem musicali, a "Deszczowa piosenka" to zdecydowany klasyk i wyznacznik gatunku. Można by więc pomyśleć, że nie będzie to "mój" film... ale tak się składa, że jestem też straszną dziwką na nostalgię. I właśnie tutaj film mnie chwycił... i dzięki temu potrafił pociągnąć dalej. Jeszcze dzień wcześniej nigdy bym nie pomyślał, że oglądając taneczne wygłupy dwóch facetów mogę się bawić tak dobrze. Nie muszę też chyba wspominać, jak świetnie film jest zrealizowany, jak na 1952 r. Muzyka, zdjęcia i aktorstwo stoją na bardzo wysokim poziomie, ale i tak najlepsza jest tutaj ta magia czasów kina niemego, od którego to wszystko się zaczęło. Myślę, że każdy powinien kiedyś obejrzeć "Deszczową piosenkę" i po prostu sprawdzić czy chwyci... a jak już chwyci to mocno.

11 listopada: "Poważny człowiek" 2009 r. reż. Joel & Ethan Coen

 

Eh szczerze nie chce mi się pisać nic na temat tego filmu. No widzę ten pieprzony zwiastun (zwiastun tego filmu to arcydzieło) "Poważnego człowieka", filmu jednych z moich ulubionych twórców no i spodziewam się cholernego arcydzieła na miarę "Big Lebowski". No, a tu się okazuje, że film jest... ale w sumie mogłoby go nie być. Na pewno nie mogę powiedzieć, że jest dobry... ale cholera nie mogę o nim powiedzieć właściwie nic... po za tym, że jest. Nie jest nawet zły, jest po prostu nijaki. Nie oferuje nic. A genialny zwiastun (serio ten trailer jest dużo lepszy niż film) właściwie tylko pogarsza sprawę bo coś obiecuje, czego film nie spełnia... od Coenów po prostu wymaga się więcej.

12 listopada: "Casino Royale" 2006 r. reż. Martin Campbell


Jak co miesiąc- agent 007! Tym razem debiut Craiga. Jak dotąd z najnowszych bondów oglądałem tylko "Skyfall", który osobiście przypadł mi do gustu, głównie za sprawą ciekawego villaina i naprawdę ładnej oprawy wizualnej. Jeśli zaś chodzi o "Casino Royale".... no aktorsko jest naprawdę fajnie. Powraca Judi Dench, która zawsze jest fajną M. Pojawia się Craig, który jako Bond spisuje się znakomicie. Jego love interrest jest świetnie zagrana przez Evę Green... ale i tak najlepszy w filmie jest Mads Mikkelsen, jako La Chiffre. I choć villain jest tu zagrany fantastycznie to jako postać... meh. Mocno się na nim zawiodłem pod koniec. Mimo wszystko "Casino Royale" to jeden z moich ulubionych Bondów. Zabawa naprawdę zacna, a zakończenie o dziwo gorzkie i zupełnie niepodobne do tej serii.

15 listopada: "Jesus Christ Superstar" 1973 r. reż. Norman Jewison


Tak wiem, że mówiłem, że generalnie nie przepadam za gatunkiem musical, ale wiecie... musical, czarna komedia o historii Jezusa Chrystusa nakręcona przez gościa, który stworzył mojego ukochanego "Skrzypka na dachu"? To nie może nie być zajebiste.... no i cholera to jest zajebiste. Czarnoskóry Judasz śpiewający do Chrystusa, że chyba go trochę popieprzyło, rzymianie jeżdżący czołgami i noszący się w hełmach wermachtu, Herod... po prostu... muszę mówić więcej? Może zamiast gadać po prostu wam coś puszczę do posłuchania.




15 listopada: "Ziemia obiecana" 1974 r. reż. Andrzej Wajda


Powinienem się wziąć za polskie kino bo zaległości mam większe niż dziury fabularne w "Batman v Superman". Co się zaś tyczy "Ziemi obiecanej" to... wow... jak na polski film lat 70-tych to... ten rozmach, ta scenografia... to... wszystko robi wielkie wrażenie. Aktorzy są bez wyjątku świetni, muzyka Wojciecha Kilara pasuje idealnie, a historia jest wciąż bardzo aktualna. Jak dla mnie jeden z lepszych polskich filmów jakie oglądałem... ale oglądałem ich jeszcze zdecydowanie za mało, bo prawda jest taka, że wciąż mamy znakomite kino mimo armii komedii romantycznych z Karolakiem i białym plakatem oraz drugiej strony monety czyli filmideł Patryka Vegi. Trzeba po prostu zamieść to wszystko pod stół bo pod kurzem ukryte są perły!

16 listopada: "Swobodny jeździec" 1969 r. reż. Dennis Hopper



Film polegający na tym, że dwóch hipisów z jaśnie oświeconym Jackiem Nicholsonem przemierza amerykańskie szosy w rytm fantastycznej muzyki w czasach gdy Stany jeszcze były cokolwiek warte? To brzmi, jak film dla mnie. Ale czy nadaje się też dla innych? Hmmm myślę, że warto dać mu szansę i obejrzeć... dla klimatu, dla hipisiarstwa, dla Nicholsona... dla muzyki... serio soundtrack w tym filmie to prawdziwa składanka cudeniek! Ten film chwyci bądź nie. Mnie chwycił.

17 listopada: "Good Morning, Vietnam" 1987 r. reż. Barry Levinson


Mam problem z tym filmem... otóż główny bohater, komik, radiowiec, który według całego świata w filmie jest absolutnie najśmieszniejszym człowiekiem na świecie, porównywanym do Groucho Marxa.... mnie totalnie nie bawi... nie jest śmieszny, jest suchy i tylko gada szybko. I właściwie to jeden z dwóch moich problemów w tym filmie. Drugim jest realizacja, która jest tak telewizyjna i tak nieoryginalna, że na film autentycznie nie chciało mi się patrzeć. Lubię kiedy film wygląda, na swój sposób nieważne czy ten sposób trafia w mój gust. A tutaj nie mamy nic ciekawego, ani ujęcia, ani sekwencji montażowej. I tak wiem, że film robi też wiele, rzeczy dobrze. Przedstawia niejednoznacznie i bardzo ludzko wietnamczyków, ma antywojenne przesłanie... ale cholera co z tego jeśli nie potrafi tego w żaden ciekawy sposób sprzedać?

18 listopada: "Spotlight" 2015 r. reż. Tom McCarthy 


Właściwie moje zarzuty do "Good Morning, Vietnam" mógłbym powtórzyć tutaj. "Spotlight" porusza bardzo ważny temat i rodzi niezłe przesłanie, ale nie potrafi tego jakoś ciekawie zapakować. Przez cały film nie czuć napięcia i jedynie niezłe występy aktorskie tutaj ratują poszczególne sceny. Bryluje tu oczywiście Michael Keaton, który z całej obsady jest zdecydowanie najlepszy. Nieźle sobie radzą również Stanley Tucci i Mark Ruffalo. Można obejrzeć ze względu na ciekawe zagadnienie, ale nie jest to wyborne kino... na tyle wyborne aby dostać oscara za najlepszy film...

18 listopada: "Czy leci z nami pilot?" 1980 r. reż. Jim Abrahams, David Zucker, Jerry Zucker 


Coś z zupełnie innej beczki... parodia... czego?.... wszystkiego! I jak mnie ta parodia rozbawiła? No... całkiem zacnie. Właściwie ataki śmiechu miałem bardzo regularnie z ekstremalną częstotliwością. I oczywiście nie jest to ambitny humor, wręcz przeciwnie. Jest to dosyć... głupi humor. Ale co z tego jeśli potrafi rozbawić? Skoro film spełnia swoje podstawowe zadanie to znaczy, że jest to udany film. Polecam na wieczór jeśli macie potrzebę poprawienia sobie humoru.

24 listopada: "Aż poleje się krew" 2007 r. reż. Paul Thomas Anderson


Nie miałem wcześniej styczności z Paulem Thomasem Andersonem i jego filmami. Czy po obejrzeniu "Aż poleje się krew" mam ochotę nadrobić zaległości u tego reżysera? Zdecydowanie. Ale przejdźmy do samego filmu. "Aż poleje się krew" opowiada historię Daniela Plainviewa- człowieka, który na przełomie XIX i XX w. odnalazł w Ameryce złoża ropy i zajął się wydobyciem. Strukturalnie historia opiera się na motywie od zera do bohate... milionera. Motywem głównym nie jest tutaj sama historia, a raczej przemiana głównego bohatera, spowodowana władzą, otoczeniem i przede wszystkim pieniędzmi. Na początku mamy parę okazji, aby autentycznie polubić Daniela. Z czasem jednak zaczynamy równocześnie obserwować jego a) drogę na szczyt, zdobywanie ziemi, ropy, pieniędzy, władzy b) upadek jako osoby, ojca i przede wszystkim człowieka. Wszystko okraszone świetną i bardzo klasyczną, staromodną realizacją, jakby z lat 50-tych, 60-tych. Zwłaszcza to czuć na samym początku. Nie da się też nie wspomnieć o Danielu Day- Lewisie, który w roli głównej jest... wyborny, zjawiskowy, świetny i autentyczny. Absolutnie jeden z lepszych występów jakie widziałem. Jeśli podsumować to wszystko otrzymujemy pesymistyczny i ciężki obraz, ale przy tym... rewelacyjny film. Polecam każdemu!

25 listopada: "Persona" 1966 r. reż. Ingmar Bergman

 

Żeby w pełni cieszyć się kinem Bergmana to jednak trzeba mieć już dosyć wyskoki "level" obeznania kinowego i ogólnie życiowego. "Level", do którego aspiruję, ale do którego jeszcze kawał drogi. Dlatego też zawsze z pewnymi obawami podchodzę do dzieł szwedzkiego twórcy ponieważ boję się, że nie poczuję wszystkiego. I niestety obawiam się, że z "Personą" trochę tak było. Zachwyciła mnie formą i zabiegami artystycznymi, ale jeśli chodzi o przesłanie to wciąż czuję, że nie złapałem wszystkiego co zostało rzucone. Kiedyś wrócę do tego filmu. Czy polecam? Szczerze? Mimo, że to prawdopodobnie najlepszy film w tym miesięczniku to chyba... nie.  Oczywiście zachęcam do spróbowania, ale zastrzegam, że łatwo się od tego filmu odbić i zniechęcić. A nie chciałbym żeby ktoś się przeze mnie zniechęcił do Bergmana.

26 listopada: "Gnijąca panna młoda" 2005 r. reż. Tim Burton


Wiecie kogo uwielbiam? Tima Burtona! I wiem, że nie zrobił on od 2003 r. ani jednego dobrego, nieanimowanego filmu. No właśnie- nieanimowanego! Całe szczęście reżyser się nie ogranicza i tworzy też stylowe, gotyckie animacje poklatkowe. Jak mi się spodobała "Gnijąca panna młoda"? Otóż spodobała. Od razu widać, jaki człowiek za nią stoi. Wszystko jest bardzo Burtonowe, a w obsadzie oczywiście mamy Johnny'ego Deppa i Helenę Bonham- Carter. Sama historia choć absurdalna jest bardzo życiowa... mimo faktu, że połowa bohaterów jest martwa badumtsss hehe (jak piszę dłużej niż godzinę to jestem bardziej żałosnym człowiekiem niż jak np. nie piszę dłużej niż godzinę). Bajka jest niegłupia, muzyka wpada w ucho, aktorzy głosowi są dobrani naprawdę dobrze. Podoba mi się ten koncept ukazania świata martwych jako miejsca znacznie bardziej przyjemnego niż świat żywych. Takie bajki powinny towarzyszyć mi jako dziecku, a nie jako nastolatkowi. Szkoda, że mnie wtedy ominęły.

30 listopada: "Przejrzeć Harry'ego" 1997 r. reż. Woody Allen


Chyba nie myśleliście, że może go tu zabraknąć? Chyba nie myśleliście, że mógłbym zapomnieć? Woody Allen proszę państwa! Woody Allen zagościł na moim monitorze już po raz dwudziesty drugi! I w jakim stylu zagościł? Czy "Przejrzeć Harry'ego" dorównuje "Purpurowej róży z Kairu", "Annie Hall" czy "Zeligowi"??? NIE! Czy "Przejrzeć Harry'ego" jest świetnym filmem??? TAK! Właściwie pierwsze 10, 20 minut kompletnie mnie nie zachęciło do dalszego oglądania. Ale im dalej w las tym lepiej. Allen ciekawie żongluje tu fikcją i światem rzeczywistym (w uniwersum filmu oczywiście), i odkrywa przed nami w ten sposób samego siebie. Humor stoi, jak zwykle na wysokim poziomie. Realizacyjnie film właściwie nie oferuje wiele, ale no cóż... nie można mieć wszystkiego. Jak ten Allen to robi, że po dwudziestu dwóch filmach wciąż nie mam go dość, wręcz przeciwnie? Nie wiem. Jak na razie zajęty jestem wybieraniem kolejnego jego filmu... może "Jej wysokość Afrodyta"?




I uwaga, uwaga przechodzimy do rozdania Złotego Ogórka za listopad 2017! I nagroda trafia do... "Aż poleje się krew"! Wiem, że mówiłem, że to "Persona" jest pewnie najlepszym filmem na tej liście, ale jak już wspominałem, nie zdobyłem jej do końca. Więc nie czułbym się sprawiedliwie wręczając jej Ogórka. Tymczasem zwycięzcami są Paul Thomas Anderson i Daniel Day- Lewis! Świetny duet! Świetne kino!

 



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz