niedziela, 31 grudnia 2017

Miesięcznik zaległości #4- Grudzień

Witam w grudniowym miesięczniku zaległości! W dniu, w którym to piszę jest sylwester zatem życzę wszystkim, którzy z jakiegoś powodu to czytają świetnego, filmowego roku 2018! Nie przedłużając, zaczynajmy!

1 grudnia: "Prawdziwy romans" 1993 r. reż. Tony Scott


To co skłoniło mnie do obejrzenia "Prawdziwego romansu" to fakt, że scenarzystą tego filmu jest Quentin Tarantino. A ja jako fan tego pana nie mogłem sobie nie odpuścić. I, jak mi się spodobał "Prawdziwy romans"? No... całkiem. Właściwie od razu widać kto to pisał. To czego jednak mi tutaj zabrakło to reżyseria Tarantino. Scott odwalił niezłą, ale tylko poprawną robotę. Daleko mu do wizjonerstwa Quentina. Przez co film, który na kilometr śmierdzi Tarantino wygląda, jest zrealizowany, jako poprawny hollywoodzki film w stylu "Bonnie i Clyde". A szkoda bo bardzo chętnie obejrzałbym tą ciekawą historię, której nie brakowałoby tego pazura Tarantino. Nie można jednak nie docenić obsady. Główni bohaterowie są tutaj odegrani dobrze, ale show i tak kradną krótkie role drugoplanowe. Mamy tutaj fantastycznego Gary'ego Oldmana, w roli gangstera psychola, oraz równie świetnych Christophera Walkena oraz Dennisa Hoppera. W filmie na drugim planie są także Brad Pitt i Val Kilmer. Słowem- całkiem fajny, ale brak tu Tarantino.

3 grudnia: "Noc po ciężkim dniu" 1964 r. reż. Richard Lester


Gwoli szczerości nieszczególnie chce mi się rozmawiać o tym filmie. Bo jakkolwiek bym nie lubił Beatlesów jako muzyków, tak nie mogę znieść tego filmu. Ciężko mi to nawet nazwać filmem. Oficjalnie figuruje on jako komedia, ale jest nieśmieszny do potęgi. Film nie ma nic do zaoferowania po za lecącą czasem w tle muzyką, grającymi role główne Beatlesami oraz całkiem zabawną sceną otwierającą. "Noc po ciężkim dniu" powstała na fali popularności Beatlesów i jest tworem czysto komercyjnym. Tanim, ale zarabiającym z powodu obecności znanych twarzy. Słuchajcie muzyki, filmu nie oglądajcie. 

3 grudnia: "Jej wysokość Afrodyta" 1995 r. reż. Woody Allen


Jeden Allen na miesiąc jest konieczny dla utrzymania dobrej kondycji psychicznej. Zawiedziony po "Nocy po ciężkim dniu" wziąłem się za "Jej wysokość Afrodytę". I podobało mi się. Nie jest to jeden z najlepszych filmów Allena jakie widziałem, nie jest nawet zbyt blisko. Ale to naprawdę zabawna, oryginalna i przyjemna komedia, w sam raz na poprawę humoru. Ludzie, którzy lubią Allena będą zadowoleni, ci którzy nie lubią pewnie się do dalej nie przekonają. Cóż, ja całe szczęście należę do tych pierwszych.


10 grudnia: "Doktor Strangelove, lub jak przestałem się martwić i pokochałem bombę" 1964 r. reż. Stanley Kubrick


Musicie wiedzieć, że bardzo lubię Stanleya Kubricka. Jak dotąd miałem za sobą "2001: Odyseję kosmiczną", "Lśnienie", "Full Metal Jacket" i "Mechaniczną Pomarańczę" (w kolejności obejrzenia). Postanowiłem się zatem wziąć za jedyną komedię w dorobku reżysera. A właściwie parodię. Parodię zimnej wojny. I muszę uczciwie przyznać, że film jest trafny i zabawny. Piętnuje głupoty zimnej wojny i łączy je z ironicznym humorem. Warto zobaczyć też ze względu na kreacje Petera Sellersa i Georga C. Scotta. Kubrick, jak zawsze dostarcza ciekawych wrażeń.

12 grudnia: "Planeta Małp- trylogia" 2011, 2014, 2017 r. reż. Rupert Wyatt, Matt Revees


Postanowiłem za jednym zamachem wziąć się za jedną z (podobno) lepszych block-busterowych trylogii ostatnich lat. Uwierzcie po obejrzeniu trzech dwugodzinnych filmów gdzie głównymi bohaterami są małpy człowiek sam zaczyna zachowywać się, jak małpa. Ale do rzeczy.

"Geneza planety małp"- poprawny letni block buster z fajnie zaanimowaną małpka. Podobał mi się wątek kontaktu Cezara z innymi małpami i zdobywania ich szacunku. Wadą jednak jest brak ciekawych postaci ludzkich. Nawet fajny początek dla trylogii.

"Ewolucja planety małp"- lepiej zrealizowany od poprzednika, ale też powiela wadę braku ciekawych postaci ludzkich. Podobał mi się tak samo, jak część pierwsza.

"Wojna o planetę małp"- najlepsza część trylogii. Andy Serkis w roli Cezara jest zjawiskowy. Nawiązania do "Czasu Apokalipsy" są bardzo zgrabne, a film momentami zahacza o ciekawe moralne tematy. Zakończenie było bardzo wzruszające i właściwie głównie dzięki trzeciej części mam tyle sympatii do tej trylogii.

16 grudnia: "To nie jest kraj dla starych ludzi" 2007 r. reż. Joel Coen, Ethan Coen


Coenowski ponury obraz patologii i przemocy. Film zachwyca zarówno stroną wizualną, jak i treścią. Javier Bardem w roli psychopaty Antona jest zjawiskowy. Co tu dużo mówić, bracia Coen wspięli się na zarówno warsztatowe, jak i intelektualne wyżyny. Osobiście w 2007 roku Oscara za najlepszy film dałbym "Aż poleje się krew" (zwycięzca poprzedniego miesięcznika zaległości). W żadnym stopniu nie umniejsza to jednak świetnemu dziełu Coenów. Lubię takie pesymistyczne, trochę męczące i oczyszczające kino, jak "To nie jest kraj dla starych ludzi" czy "Aż poleje się krew".

17 grudnia: "Tramwaj zwany pożądaniem" 1951 r. reż. Elia Kazan


Szczerze nie chwycił. Od pierwszych sekund czuć, że jest to ekranizacja sztuki teatralnej i właśnie ta teatralność mnie drażniła przez cały seans. Nawet aktorstwo głównej bohaterski granej przez  Viven Leigh jest maksymalnie przerysowane i rodem ze sceny. Dużo lepiej wypada młody Marlon Brando, który ma tutaj naprawdę ciekawą rolę. Cóż tyle mam do powiedzenia na temat "Tramwaju zwanego pożądaniem".

19 grudnia: "Mulholland Drive" 2001 r. reż. David Lynch


 Nie wiem co zrobiłem źle, ale wbrew temu co mi obiecano przed seansem, "Mulholland Drive" nie rozjebał mi umysłu na tysiąc kawałeczków. Ot, średnio skręcone, oniryczne i miejscami bardzo zabawne filmidło, które nijak do mnie trafiło. Myślę, że warto zaznaczyć, że z Lynchem wcześniej kontaktu nie miałem. Wracając do filmu- nie spodobał mi się. Ale mimo wszystko polecam tak, jak każdy artystycznie odważny i oryginalny film.

20 grudnia: "Rybka zwana Wandą" 1988 r. reż. John Cleese, Charles Chrichton


Wiedzcie, że kocham wszystko co stworzyła grupa Monty Python. Od "Latającego cyrku..." przez "Świętego Graala" i "Żywot Briana"po jeden z moich ulubionych filmów w historii czyli "Sens życia według Monty'ego Pythona". Jak się spisuje komedia z uszczuplonym składem Pythonów zmieszanymi z amerykańską obsadą? Ano bardzo zabawnie. Film jest zrobiony trochę w konwencji kina sensacyjnego i sprawdza się to fantastycznie. Zarówno John Cleese, jak Michael Palin są tutaj fantastyczni, a amerykanie- Kevin Kline i Jaime Lee Curtis dorównują im poziomem. Sama intryga jest ładnie zbudowana i prowadzi do wielu dobrych  żartów. Monty Pythoni nawet w niepełnym składzie są jedyni w swoim rodzaju.

20 grudnia: "Siódma pieczęć" 1957 r. reż. Ingmar Bergman


Bergmanowskie bajanie na tematy egzystencjalne i religijne. Zaciekawia formą, treścią i uwaga, uwaga- humorem co u Bergmana jest raczej rzadkością. Z jednej strony poważny i głęboki, a z drugiej widzimy nagle postać Śmierci piłującej drzewo, na którym siedzi klaun. "Siódma pieczęć" jest trochę lżejsza niż filmu Bergmana, które miałem przyjemność obejrzeć, przez co polecam wszystkim! Jeśli chcecie zacząć przygodę z Bergmanem myślę, że "Siódma pieczęć" może być idealna na początek.

21 grudnia: "Przełęcz ocalonych" 2016 r. reż. Mel Gibson

Nie lubię Mela Gibsona. Nie lubię jego kiczowatych, mesjanistycznych i z lubością brutalnych filmów. A "Przełęcz ocalonych" powiela te wszystkie wady. Pierwszy akt jest maksymalnie kiczowaty i odrealniony a Andrew Garfield w roli uroczego chłopaka wypada strasznie... strasznie. Autentycznie się go bałem i co chwilę mi się wydawało, że zaraz zmieni się w Jokera przez jego creepy mimikę. Drugi akt w obozie jest każdym innym aktem w obozie wojskowym jaki widzieliście. Dylemat moralny bohatera jest kompletnie z czapy, przez co nie czujemy jego dramatu. Trzeci akt w Okinawie... jest niezły. Brutalny, nieźle wyreżyserowany, nakręcony i w cholernie luby sposób przedstawiający przemoc co trochę kłóci się z wydźwiękiem filmu. Wszystko prowadzi do okropnej, patetycznej i kiczowatej końcówki. Szczerze nie polecam.

25 grudnia: "Klątwa skorpiona" 2001 r. reż. Woody Allen


Kolejny Allen! Muszę przyznać, że po 10 minutach "Klątwy skorpiona" byłem trochę zaskoczony bo to co widziałem mi się nieszczególnie podobało. Jednak im dalej w las tym bardziej się wciągałem. Ostatecznie "Klątwa skorpiona" to jedna z ciekawszych fabuł u Allena. Nie jest to jeden z lepszych filmów, ale czysto fabularnie jest bardzo oryginalny i mieści się w nim sporo fajnego humoru. Wizualnie film jest nieciekawy co po raz kolejny zdarza się u Allena z lat 90' czy początku wieku. A szkoda bo to mógł być dzięki temu lepszy film. Mimo wszystko fanom Allena polecam.


27 grudnia: "Las Vegas Parano" 1998 r. reż. Terry Gilliam



Po pierwszych 20-tu minutach "Las Vegas Parano" byłem zachwycony. Spodziewałem się czegoś wielkiego. Wszystko było na swoim miejscu- muzyka, klimat, narkotyki i Johnny Depp za czasów kiedy jeszcze był wielki. Z czasem jednak te popieprzone narkotykowe wizje zaczęły mnie męczyć i po dwóch godzinach byłem znudzony. Niemniej ciężko nie docenić świetnego soundtracku, klimatu, narratora i aktorstwa. Niektórych ten film kupi, niektórych nie. Mnie kupił mniej więcej połowicznie.


28 grudnia: "Casablanca" 1942 r. reż. Michael Curtiz


Jeden z największych klasyków, od którego wręcz bije ta słynna magia kina. Piękna realizacja, muzyka, aktorstwo i kicz... ale taki dobry kicz. Scenariuszowo film stoi na naprawdę wysokim poziomie, dialogi są fantastyczne, a zabieg rozbudowanej retrospekcji w środku filmu był w swoim czasie przełomowy. Ostatnia scena to już legenda reinterpretowana na tysiąc sposobów. Słowem- klasyG przez bardzo duże G!

30 grudnia: "Bez przebaczenia" 1992 r. reż. Clint Eastwood


Western w reżyserii aktorskiej legendy tego gatunku- Clinta Eastwooda! Jak mi się spodobało? Spodobało. Jak bardzo? Wystarczająco. Film wykracza po za schematu gatunku, ale też żadnym elementem nie zachwyca może po za świetną rolą Gene'a Hackmana, który jest tutaj lepszy zarówno od Eastwooda, jak i Freemana. Wszystko prowadzi do dosyć nieciekawej i pesymistycznej końcówki. Niemniej "Bez przebaczenia" to dobry film, z którym można przyjemnie spędzić dwie godziny.




I uwaga, uwaga! Przechodzimy do ostatniego Złotego Ogórka w tym roku! I nagroda trafia do... 
"To nie jest kraj dla starych ludzi"!! Przyznaję, że wahałem się pomiędzy dziełem Coenów, a "Casablancą"




Jeszcze raz życzę wszystkim udanego, filmowego roku 2018 i udanej zabawy sylwestrowej! Pozdrawiam!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz