sobota, 30 grudnia 2017

Ojciec Chrzestny- pewna wybitna trylogia.

Korzystając z przerwy świątecznej stwierdziłem, że czas najwyższy powtórzyć sobie trylogię Ojca Chrzestnego. Całość po raz pierwszy widziałem mniej więcej rok temu i po pierwszym obejrzeniu moje wrażenia w dużym skrócie wyglądały tak... "Ojciec Chrzestny"- pieprzone arcydzieło, "Ojciec Chrzestny II"- oglądałem bardzo późno, a to jednak ponad trzygodzinny film z dosyć skomplikowaną fabułą, nie zrozumiałem do końca wszystkiego, ale ogólnie podobał mi się, "Ojciec Chrzestny"- eeeeee nie był aż taki zły... czy moje wrażenia znacząco się zmieniły po drugim obejrzeniu? Cóż...


              


"Ojciec Chrzestny" 1972. r reż. Francis Ford Copolla     



Tutaj moja opinia się właściwie nie zmieniła. "Ojciec Chrzestny" to arcydzieło. Bezapelacyjnie i kompletnie. Wszystko w tym filmie jest niesamowite. Od muzyki, przez zdjęcia Gordona Willisa po samą historię. Polecam poczytać w jakich bólach powstawał ten film, i jak niewiele brakowało żebyśmy go nigdy nie ujrzeli. Od różnic poglądowych pomiędzy reżyserem a studiem po kłopoty z mafią. Wypada tutaj wspomnieć o tym, jak wielką walkę o ten film stoczył Francis Ford Copolla, i jak bardzo wierny był swojej wizji. Ostatecznie otrzymaliśmy dzieło, które zachwyca zarówno formą, jak i treścią. Nie ma tu słabych elementów. Wystarczy spojrzeć na perfekcyjnie dobraną obsadę. Królem na tronie jest tutaj oczywiście Marlon Brando w roli Vito Corleone. Mimo tego, że ma paradoksalnie niewiele czasu na ekranie to mimo wszystko z tego co mu było dane zagrać stworzył rolę życia i jedną z najwybitniejszych kreacji w historii kina. Doskonale zagrał bezwzględnego gangstera, w którym pozostało jednak dużo ciepła. Główną rolę Michaela Corleone odgrywa tutaj młody Al Pacino i ma tutaj swoją pierwszą naprawdę rewelacyjną rolę. W rolach jego braci świetnie się spisują Robert Duvall, jako mądry i rozsądny Tom Hagen, James Caan, jako porywczy, ale lojalny Sonny oraz John Cazele, jako głupawy, ale poczciwy Fredo. Swoją rolę ma też tutaj młodziutka Diane Keaton, która później zasłynie też ze swoich kreacji w filmach Woody'ego Allena. Sam film zachwyca swoją formą. Zarówno wysmakowane, ciemne zdjęcia Gordona Willisa, wybitna, chwytająca za serce muzyka Nino Roty czy też montaż, który za każdym razem zachwyca podczas sceny chrztu. Żeby się już za bardzo nie rozpisywać- "Ojciec Chrzestny"- powtarzam to po raz trzeci, to niekwestionowane ARCYDZIEŁO kinematografii i przeszedł do historii, jako jeden z najwybitniejszych filmów w dziejach.
Ocena: 10/10

   

"Ojciec Chrzestny II" 1974. r reż. Francis Ford Copolla 

(czyli, jak zrobić sequel do wybitnego filmu)

  

W przeciwieństwie do pierwszej części, tutaj drugi seans sporo zmienił w odbiorze. Podszedłem do "Ojca Chrzestnego II" z czystszą głową i większym skupieniem. W drugiej części fabuła jest bardziej skomplikowana, zwłaszcza w pierwszej połowie filmu. Przy pierwszym oglądaniu strasznie się od tego odbiłem i pogubiłem się w wątkach. Za drugim podejściem zrozumiałem w końcu całą fabułę i mogłem w pełni docenić ten, jakby nie było, świetny film. Czy uważam, że dorównuje części pierwszej? No cóż... niewiele mu brakuje. Pod wieloma względami dorównuje czy nawet przebija jedynkę. Rozbudowywanie postaci w rodzinie i budowanie relacji między nimi udało się znakomicie. Zakończenie jest niezwykle mroczne i emocjonujące. Aktorsko Al Pacino wybił się jeszcze wyżej niż przy poprzedniku. Czysto artystycznie film jest równie dobry, jak poprzednia część. Diane Keaton ma w końcu więcej to pogrania. No i film w fantastyczny sposób dodaje drugą oś czasu w postaci bardzo rozbudowanych retrospekcji z młodym Vito Corleone co samo w sobie jest bardzo nowatorskim i odważnym zabiegiem. Ogólnie to wszystko udało się fantastycznie. Czemu zatem nie uważam "Ojca Chrzestnego II" za film równie dobry co jedynka? Cóż dwie rzeczy... po pierwsze Marlon Brando... tak wiem, że to dosyć błahy powód i przecież Brando został fantastycznie zastąpiony przez wybitnego w tym filmie Roberta De Niro, ale mimo wszystko kreacja Brando to dla mnie zawsze był symbol Ojca Chrzestnego. Bez niego to po prostu nie to samo. Po drugie- fabuła. Tu nawet nie będę się starał być obiektywny. Po prostu, czysto subiektywnie, fabuła pierwszej części przypadła mi bardziej do gustu. O wiele mocniej mnie wciągnęła, dosyć lokalna, wojna pomiędzy mafijnymi rodzinami niż ta cholernie skomplikowana intryga, na wielką skalę, z drugiego "Ojca Chrzestnego". Podsumowując. "Ojciec Chrzestny II" to naprawdę rewelacyjny film i chyba najlepszy sequel w historii kina. Nie dość, że rozwija oryginał to jeszcze pod pewnymi aspektami wybija się na nowy poziom. Nie mogę nawet obiektywnie stwierdzić, że jest gorszy od jedynki. Chyba jest po prostu równie dobry i tylko mi odrobinkę mniej przypadł do gustu... no, ale cóż. Zdarza się.
Ocena: 9.5/10


"Ojciec Chrzestny III" 1990. r reż. Francis Ford Copolla 

(czyli, jak nie robić sequela do wybitnego filmu)


Po pierwszym obejrzeniu "Ojca Chrzestnego III" czułem ogromny zawód. Film w żaden sposób nie nie dorównywał poprzednikom. Historia była mało angażująca, obsada mocno przerzedzona względem poprzedników, dialogi okropnie pretensjonalne i odrealnione, a nawet część wizualna jest na dużo niższym poziomie. Mówię serio... film po prostu jest gorzej nakręcony mimo, że powstawał szesnaście pieprzonych lat później niż poprzednia część! I wiecie... drugi seans tylko mnie jeszcze bardziej utwierdził w tym przekonaniu. A nawet spotęgował moje negatywne odczucia. Widocznie mój organizm nie był przygotowany na przyjęcie tylu niespełnionych oczekiwań na raz i mój umysł starał się trochę załagodzić ból. Cóż, ale może paradoksalnie zacznę od rzeczy, które moim zdaniem się naprawdę udały. Po pierwsze- film bardzo zgrabnie tworzy klamrę w życiu Michaela Corleone. Cała historia jest zamknięta w bardzo dramatycznych i depresyjnych tonach. Ogólnie postać Michaela jest tutaj ładnie rozbudowana. Po wyczynach z dwóch poprzednich części tutaj twórcy starali się oddać postaci trochę skradzionego człowieczeństwa. Michael kończył drugą część jako potwór. Tutaj widzimy go jako kochającego ojca i szczerze żałującego swoich czynów starego człowieka, który stara się odciąć od przeszłości, ale ta ciągle się o niego upomina. Michael wyrasta nam tutaj na bardzo tragiczną i wielowymiarową postać. Pod tym względem film ładnie spełnił zadanie. Po za tym kuluminacja czyli cały trzeci akt była bardzo udana. Mimo faktu, że strasznie przydługawa i trochę przesadzona to artystycznie stała na wysokim poziomie oraz była pełna napięcia i emocji. Gdyby tylko cały film był choć na tyle dobrze zrobiony. Do tego jeszcze lubię parę uroczych scen z Sycylii z udziałem Michaela i Kay. I szczerze z większych pozytywów to by chyba było na tyle... no dobra otwórzmy już ten worek z gównem wiem, że na to czekacie! Po pierwsze- fabuła! Nie dość, że nie jest ani tak wciągająca, jak fabuła jedynki, ani tak skomplikowana, jak fabuła dwójki to jeszcze jest na strasznie ogromną skalę! W kuluminacji zaangażowany jest nawet papież, a w grę od początku wchodzą setki milionów dolarów! Do tego fabuła jest mocno związana z kościołem co jakoś nigdy mi nie pasowało do tej trylogii. Po drugie- brak subtelności. Pamiętacie te realistyczne, brutalne morderstwa z dwóch pierwszych odsłon, które w dziwny sposób zawsze skręcały nasze organizmy (tylko ja tak mam???)? No to tutaj ich nie ma. Tutaj wszystko jest rodem z tanich filmów sensacyjnych! Mamy możliwie, jak najbardziej kowbojskiego Andy'ego Garcie czy scenę,  w której helikopter rozpieprza całą salę z głowami rodzin. Subtelne, realistyczne tak, tak. Scena chrztu, albo zabójstwo Luci Brasiego były wręcz odczuwalne, brutalne, realistyczne. Tutaj tego nie mamy. Po trzecie- dialogi. W tym filmie postaci nie gadają nawet, jak ludzie. Albo w bardzo stereotypowy sposób nawijają po "gangstersku" w wyobrażeniu dwunastolatka, albo mają pseudogłębokie, pretensjonalne, albo po prostu kiczowate gadki. Jest to strasznie odczuwalne podczas oglądania i zwyczajnie męczące. Po czwarte- Sofia Copolla! Jezusmaria, ja wiem, że fajnie jest zaangażować córkę do filmu i zrobić z niej gwiazdeczkę tatusia, ale do cholery ta dziewczyna (obecnie 46- letnia kobieta) nie ma za grosz talentu aktorskiego! Każda kwestia przez nią wypowiedziana brzmi sztucznie i okropnie, a do tego przybrała dziwną, nieudolną manierę do grania, jakby była jakąś femme fatale (co kłóci się z samym charakterem postaci)! Aż trudno uwierzyć, że kilkanaście lat później ta sama kobieta, która tak nieudolnie zagrała w trzecim Ojcu Chrzestnym, wyreżyserowała taki dobry film, jak "Pomiędzy słowami". No cóż, nie znalazła sukcesu w aktorstwie to poszukała skutecznie w reżyserii. I chyba to już tyle na temat "Ojca Chrzestnego III". Jezu, ale się rozpisałem. No, ale cóż... paradoksalnie bardziej lubię narzekać i się frustrować w swoich tekstach niż zachwalać i polecać filmy... tak już mam. Na sam koniec odpowiem jeszcze na jedno pytanie, które sam sobie kiedyś zadałem... czy "Ojciec Chrzestny III" nie powinien powstać? Cóż... mimo tego wszystkiego cieszę się jednak, że powstał. Z jednego już wspomnianego powodu. Ten film umiejętnie domknął historię Michaela Corleone i utworzył z niego bardziej tragiczną postać. To jest ten jeden powód, dla którego dobrze, że ten film powstał... wystarczający powód.
Ocena: 6/10



I to tyle! Cieszę się, że mogłem wyrazić swoją opinię na temat tych filmów bo od dawna mnie to korciło, a akurat miałem wyjątkowo dobrą okazję. Jeśli ktoś nie oglądał jeszcze "Ojca Chrzestnego" to naprawdę nie mam pojęcia na co czeka... to chyba tyle. Pozdrawiam!



     


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz