niedziela, 24 grudnia 2017

"The Florida Project" recenzja #10

"The Florida Project"- film z bardzo skromnym dwumilionowym budżetem, dziewczyną bez doświadczenia aktorskiego znalezioną przez reżysera na Instagramie i Williemem Dafoe, który jest jedynym znanym nazwiskiem w tym dziele. Jak wyszło?

 Główna bohaterka- Moonee to sześcioletnia rozrabiaka mieszkająca ze swoją młodą zbuntowaną matką w fioletowym motelu na obrzeżach Disneylandu. Cała, dosyć tragiczna, opowieść jest widziana z jej dziecięcego punktu widzenia, przez co ton filmu, mimo ponurego wydźwięku, jest dosyć kolorowy i przyjazny. I właśnie perspektywa jest najciekawszym zabiegiem w tym dziele. Gdyby się jej pozbyć otrzymalibyśmy niezwykle ponury film o biedzie i patologii. Kiedy patrzymy na te wydarzenia przez różowe okulary dziecka jesteśmy w stanie odkryć pewne prawdy o sobie, nieszczęśliwej świadomości i mrokach dorosłości. Ważna i dosyć niejednoznaczna jest tutaj relacja Moonee z jej matką. Z jednej strony widoczne jest to, że obie dziewczyny bardzo się kochają i to jest najważniejsze, ale z drugiej wiemy, że matka nie jest w stanie zapewnić swojej córce przyszłości nieważne, jak bardzo by jej nie kochała. Kibicujemy tej dwójce mimo świadomości tego, jak skazana na porażkę jest ta relacja. Z perspektywy dziecka nie rzuca się to jednak w oczy i mamy wiele scen, które przedstawiają matkę w bardzo pozytywnym świetle. Ważnym bohaterem dla całej historii jest też Bobby- świetnie zagrany przez Williema Dafoe. Kierownik motelu, starszy, samotny facet, który pod płaszczykiem twardego gościa, który wyrzuci cię z twojego pokoju, jak nie zapłacisz za niego na czas, skrywa naprawdę ciepłe i pełne empatii wnętrze. Jest to na pewno najbardziej ludzki z dorosłych bohaterów. Strudzony i znudzony życiem, ale dla wszystkich tych biednych, patologicznych mieszkańców fioletowego motelu, będący swojego rodzaju przewodnikiem czy oparciem. I widać, że ci ludzie są swojego rodzaju rodziną dla Bobby'ego, jego celem w życiu. Czymś co nadaje jego egzystencji znaczenie. Cały jego wątek jest naprawdę uroczy i dający nadzieję.


Tłem całej opowieści są okropnie kiczowate, amerykańskie przedmieścia z fioletowym motelem na czele. Momentami film poprzez charakterystyczne jazdy kamery w planie ogólnym, pastelowe, cukierkowe barwy i częste kadrowanie centralnie planowane, przypominał dzieła Wesa Andersona. Mimo tych podobieństw, reżyser Sean Baker umiejętnie ułożył własny filmowy język, którym opowiadał historię. Kamera często prowadzi bohaterów, skupia się na ich twarzach, emocjach, często powtarzają się identyczne ujęcia w charakterystycznych bądź ważnych dla dziecka miejscach. Film nakręcony jest w naprawdę piękny, kolorowy sposób co umiejętnie koresponduje z dziecięcą perspektywą upiększającą to w czym dorośli już piękna nie znajdą.


Aktorsko mimo obecności tak świetnego aktora, jak Williem Dafoe i tak najlepiej poradziła sobie sześcioletnia Brooklyn Prince. Zagrała małą rozrabiakę w bardzo autentyczny i przekonujący sposób. Na sam koniec miała bardzo emocjonalne sceny, które wymagały od niej sporo ekspresji i z nimi też poradziła sobie fantastycznie. Jako matka partnerowała jej Bria Viniate, grająca młodą, zbuntowaną dziewczynę, która mimo macierzyństwa w głębi duszy wciąż jest tylko dziewczynką. Co ciekawe reżyser znalazł Brię Viniate na Instagramie, a "The Florida Project" jest dla niej aktorskim debiutem. 


Podsumowując "The Florida Project" to film, którego największą zaletą nie jest historia, tylko jej ciekawe przedstawienie. Nie jest to na pewno arcydzieło, ani nawet film tak niesamowity, jak to przedstawiają krytycy w Polsce i na świecie. Jest to warty obejrzenia film, niezależnego i utalentowanego twórcy. "The Florida Project" raczej też nie przypadnie do gustu wszystkim. Warto jednak się wybrać do kina i sprawdzić czy przypadnie do gustu tobie...


Ocena: 7,5/10



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz