poniedziałek, 11 grudnia 2017

"Wonder Wheel" recenzja #7

Woody Allen... nazwisko, które prawdopodobnie najczęściej pada na tym blogu. Jeden z moich ulubionych twórców, autor takich arcydzieł, jak "Annie Hall", "Manhattan", "Zelig" czy moja ukochana "Purpurowa róża z Kairu". Człowiek, który nieprzerwanie od 48 lat, rok w rok tworzy film za filmem. Jak się sprawdza w takim razie 48 film Woody'ego Allena? No cóż...




"Wonder Wheel" czy, jak woli polski dystrybutor "Na karuzeli życia" (używajmy oryginalnego tytułu), opowiada historię czwórki ludzi. Niekochającego się małżeństwa, gdzie żona to niespełniona aktorka, a mąż to prymitywny, nieatrakcyjny typ. Córki mężczyzny z pierwszego małżeństwa, powracającej do ojca po tym, jak uciekła od niego razem z gangsterem, który ją teraz ściga. Do tego dochodzi postać ratownika, którego największą pasją jest grecki dramat. Miejscem akcji jest park rozrywki Conney Island, w którym pracuje nasze małżeństwo. Cała fabuła wywodzi się z dwóch punktów. Pierwszy to wspomniany wątek gangsterski, który przewija się w filmie na początku, a potem dopiero wraca na sam koniec. Drugi to wątek romansowy pomiędzy Ginny (żona), a Mickeyem (ratownik). W roli Ginny wcieliła się Kate Winslet, która sprawdza się nad wyraz dobrze, choć ma kilka scen kiedy balansuje na granicy przeszarżowania. Jej ekranowego męża Humpty'ego bardzo wiarygodnie zagrał Jim Belushi. Jeśli zaś chodzi o młodszą gwardię to Carolinę (córkę Humpy'ego) zagrała Juno Temple i była... w porządku. Na sam koniec Mickey. Wcielił się w niego Justin Timberlake i niestety jest to nie tylko fatalnie napisana postać, ale też wyjątkowo kiepsko zagrana rola. O ile scenariusz sam w sobie stoi na przyzwoitym poziomie to dosłownie wszystko związane z postacią Mickeya jest absolutnie przegrane, pretensjonalne i wręcz irytujące. Z całej czwórki to on jest zdecydowanie najsłabszą postacią, co jest smutne bo to właśnie jemu najbliżej do postaci Allenowskiego protagonisty. Jest on też niestety narratorem całej historii i to z jego perspektywy obserwujemy wydarzenia co już samo w sobie jest kiepskim rozwiązaniem. Ciekawszą opcją mogłoby być wprowadzenie kilku narratorów i zestawianie ich ze sobą, jak to np. zrobił Martin Scorsese przy okazji "Kasyna". A kiedy całą historię obserwujemy przez pryzmat najbardziej pretensjonalnej i irytującej postaci ciężko aby film zadziałał tak, jak powinien.


Allen w swoich filmach lubi poruszać motyw "Zbrodni i kary". Jak dotąd wykorzystał go w świetnych "Zbrodniach i wykroczeniach", udanym "Wszystko gra" i najsłabszym z "trylogii" "Śnie Kasandry". To zawsze były trochę poważniejsze, mniej komediowe filmy. W "Zbrodniach i wykroczeniach" Allen bardziej skupił się na tym co się dzieje po zbrodni, w umyśle zbrodniarza. We "Wszystko gra" położył większy nacisk na tym co się dzieję przed zbrodnią. I wydaję mi się, że coś podobnego próbował osiągnąć w "Wonder Wheel". Cały film budował relacje pomiędzy bohaterami, uzasadniał ich niejasne decyzje i tworzył ich niejednoznaczne charaktery aby końcowy uczynek był zarówno niemoralny, jak silnie umotywowany, co miało na celu zwiększyć ostateczny niejednoznaczny wydźwięk. Ale to co przy okazji "Wszystko gra" udało się znakomicie w "Wonder Wheel" wypada... gorzej. Działania bohaterki, która dopuściła się zbrodni nie są ani bardzo silnie zbudowane ani umotywowane przez co wydźwięk nie jest tak dosadny, jaki mógłby być. 

 

Ale skupmy się na "Wonder Wheel" jako filmie, nie porównując go do poprzednich dzieł Allena. O ile młodsza gwardia wypada... słabo, tak zarówno postać Kate Winslet, jak i postać Jima Belushiego są dobrze napisane i bardzo wiarygodnie zagrane. Podoba mi się motyw, w którym Humpty'ego poznajemy jako tą gorszą część małżeństwa, a Ginny, jako tą poszkodowaną, a w trakcie filmu układ właściwie obraca się o 180 stopni. Pod koniec żadna postać (po za Mickeyem) nie jest jednowymiarowa. Pod tym względem "Wonder Wheel" stoi na przyzwoitym poziomie. Tym czym jednak Woody Allen mnie zawiódł to dialogi, którym brakło pazura i charakteru, co jest smutne mając w pamięci najlepsze filmy nowojorskiego reżysera. Inna kwestia jaką chciałem poruszyć, która nie jest wadą filmu, samą w sobie to humor. Pamiętam, że nawet w poważniejszych produkcjach Allena zawsze znalazło się miejsce na komizm. "Wonder Wheel" to pierwszy film Allena, na jakim nie zaśmiałem się ani razu. Potraktujcie to jako spostrzeżenie a nie wadę samą w sobie. 



Realizacja. Zdjęcia do filmu robił Vittorio Storaro i trzeba mu przyznać, że wykonał dobrą robotę. Zarówno kompozycja, oświetlenie i ogólna kolorystyka stoją na naprawdę wysokim poziomie. Jak to często u Allena pojawiają się tu dosyć długie ujęcia w scenach dialogowych. Allenowi razem ze Storaro i ekipą od scenografii udało się uchwycić naprawdę ciekawi klimat Coney Island co jest zdecydowaną zaletą filmu.


Podsumowując... nie jest tak tragicznie, jak można by pomyśleć po przejrzeniu ocen w internecie. Allen nie potrafi się w ostatnich latach wybić po za w miarę przyzwoity poziom, a w przypadku "Wonder Wheel" popełnia poważne scenariuszowe błędy, niegodne jego nazwiska i renomy. Mimo wszystko polecam spróbować, ponieważ pod wieloma względami jest to bardzo ciekawy i ślicznie zrealizowany film.

Ocena: 6/10

2 komentarze:

  1. Your method of describing the whole thing in this post is truly fastidious,
    all can easily understand it, Thanks a lot.

    OdpowiedzUsuń