środa, 31 stycznia 2018

"Tamte dni, tamte noce" recenzja #12

Od premiery "Call me by your name" czy, jak woli polski dystrybutor "Tamte dni, tamte noce" zostaliśmy zasypani skrajnie pozytywnymi recenzjami filmu. 8.0 na Filmwebie czy 8.2 na Mediakrytyku mówią same za siebie. Czy jednak film mimo licznych zalet zasługuje na tak wysokie noty i recenzencki podziw? I czy przede wszystkim zasługuje na zgarniętą już, nominacje do Oscara, w kategorii głównej? Cóż...

"Tamte dni, tamte noce" opowiada historię młodego, włoskiego chłopaka Elio, wychowywanego w rodzinie geniuszy. Lato spędzają oni tak, jak co roku. W pięknej posiadłości we Włoszech. Razem z nimi mieszka dwuosobowa służba oraz co roku wybierany inny uczeń, który prowadzi z ojcem Elio badania. W tym roku jest około trzydziestoletni postawny Amerykanin o imieniu Oliver. Młody, dojrzewający i niepewny jeszcze do końca swej seksualności Elio z czasem odkrywa, że czuje seksualne pożądanie względem goszczonego u siebie w pokoju Olivera. Z czasem między panami się wywiązuje letni romans, który nieodwracalnie zmieni życiu obu kochanków. I właśnie ze wspomnianym romansem idzie moim zdaniem jeden z większych problemów tego filmu. Według mnie relacja tej dwójki jest uszyta na zbyt cienkich niciach. Właściwie cały zwrot w ich relacjach jest niewystarczająco mocno zapowiedziany i zbudowany. A żeby w pełni poczuć czyjąś relację trzeba w nią najpierw uwierzyć. I słowo wiara to klucz, dzięki któremu przechodzimy do drugiego największego problemu w filmie. Świat przedstawiony jest niezwykle odrealniony. Poczynając od rodziny ekscentrycznych geniuszy, przez relacje bohaterów, ich zachowania i kończąc na bardzo pretensjonalnych dialogach  otrzymujemy film, na który przez wymienione wady patrzymy ze sporą dozą dystansu. Wspomniane dialogi to była chyba moja największa bolączka w trakcie oglądania. Zwyczajnie wydawały się nienaturalne nawet w ustach osób, którym do zwykłych, szarych ludzi daleko. Te wszystkie elementy nie pozwoliły mi w pełni poczuć historii. Co jednak muszę filmowi oddać to to, że rozterki i problemy Elio były faktycznie dosyć odczuwalne i poruszające, a to chyba była jedna z najistotniejszych kwestii, które twórcy chcieli poruszyć.


Cóż, jeśli chodzi o zalety to całe szczęście nie brakuje ich. Po pierwsze aktorzy. Zarówno pierwszoplanowi Timothée Chalamet i Armie Hammer, jak i drugoplanowy Michael Stuhlbarg odwalili kawał dobrej roboty. Do zagrania najwięcej miał ten pierwszy i szczerze... uważam, że dał tak dobry popis, że może iść w szranki z Oldmanem po Oscara. Oczywiście wszyscy dobrze wiemy, że Chalamet tego Oscara nie dostanie, ale warto go sobie zapamiętać bo czuję, że ta rola otworzy mu drzwi do pierwszych lig Hollywood. Warto też docenić zdjęcia, które w bardzo ładny sposób ukazywały emocje, otoczenie czy odważne sceny erotyczne. No właśnie- odważne sceny erotyczne. Nie uważam siebie za wielkiego eksperta w tej kwestii zwłaszcza w wydaniu męskiego duetu, ale trzeba wspomnieć o tym z jaką pieszczotliwością, bezkompromisową zmysłowością czy wręcz pasją zostały one nakręcone. Przy tym były one bardzo odważne i szczerze nie zazdroszczę aktorom. Do plusów dodałbym jeszcze symbolizm, jaki idzie za pokazywanymi często w kadrze posągami grackimi czy po prostu działaniami bohaterów. Cały film niesie też ze sobą niebanalne przesłanie, ale z nim wiąże, się chyba mój ostatni problem z filmem. Jedna z ostatnich scen. I to szeroko chwalona. Po wszystkich szalonych wydarzeniach, emocjach i symbolach prawie wszystko co powinniśmy poczuć samodzielnie zostaje nam łopatą wrzucone do głowy przez ojca Elio w jego dużej końcowej przemowie. I szczerze nie znoszę tego rozwiązania. Idzie ono maksymalnie na łatwiznę, co tym bardziej boli w filmie, który przeważnie na łatwiznę nie chodzi. Chciałem też wspomnieć o jednej, mniej istotnej bolączce. Otóż momentami wydaje mi się, że montaż był mocno zaniedbany. Było wiele nienaturalnych przejść pomiędzy scenami, ale też występowały dosyć głupie błędy  w cięciach wewnątrz scen. Taka mała dygresja, ale wydaje mi się, że w filmie oscarowym takie błędy nie powinny mieć miejsca.


Przechodząc do meritum. Mimo licznych zalet "Call me by your name" nie wywarł na mnie takiego wrażenia, jakiego spodziewałbym się po filmie tak powszechnie wychwalonym. Cierpi na stosunkowo wiele mankamentów, a szkoda bo zarówno temat, jak i przesłanie są naprawdę ciekawe. Niemniej polecam się wybrać bo jest to film, który wywołuje skrajne opinie. I właśnie dlatego uważam, że jest bardziej warty obejrzenia, niż np. recenzjowany ostatnio przeze mnie "Czas mroku". Nawet jeśli nie pokochacie "Call me by your name" to na pewno wzbudzi on u was emocje i zagwarantuje pewne przeżycia. A od tego chyba mamy kino. Nieprawdaż?


Ocena: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz