piątek, 2 lutego 2018

Miesięcznik zaległości #5- Styczeń

W nowy rok postanowiłem wkroczyć z pompą i obejrzeć tyle filmów ile tylko zdołam. Co jednak ciekawe złamałem dwie (chyba jedyne) zasady miesięcznika. Na liście nie zobaczycie ani jednego filmu Woody'ego Allena, oraz ani jednego Bonda. Tak wiem, ciężko w to uwierzyć, zwłaszcza w Allena, ale zasady są po to żeby je łamać. W archiwalnych miesięcznikach oceny też się pojawią. Bez przedłużania, jedziemy z pierwszym miesięcznikiem 2018 roku!

1 stycznia: "Bonnie i Clyde" 1967 r. reż. Arthur Penn



Nie wiem, jak wy, ale ja uwielbiam antybohaterów. Jest w nich coś pociągającego, coś co sprawia, że ich historie czyta się ciekawiej niż w przypadku klasycznych protagonistów. A jeżeli antybohaterowie będą parą kochanków- gangsterów, przemierzających Amerykę i napadających na banki? Cóż, samo złoto. Główna para bohaterów jest zagrana z wdziękiem i klasą, a sama historia jest angażująca. Technicznie film niczym się nie wyróżnia, po za świetnie zmontowaną sceną końcową. Jest klimat, są charyzmatyczni bohaterowie, jest dobry film na start roku!

6 stycznia: "Rocky Horror Picture Show" 1975 r. reż. Jim Sharman 


Naprawdę w ciągu ostatnich miesięcy mój stosunek do musicali się odwraca o 180 stopni. Filmy takie, jak "Deszczowa piosenka", "Jesus Christ Superstar" czy w końcu "Rocky Horror Picture Show" skutecznie w tym pomagają. Ten ostatni to jedno z moich dziwniejszych filmowych doświadczeń. Łączy w sobie schematy kina grozy i dodaje do nich świetną muzykę oraz cudownego Tima Curry'ego w roli słodkiego transwestyty Franka-N-Furtera. Film od początku startuje z wysokiego poziomu dziwności, ale z czasem wyskakuje wysoko ponad wszelkie normy. Polecam obejrzeć fanom klasycznych horrorów, bo "RHPS" skutecznie się z nich nabija, oraz oczywiście fanom musicali bo muzyka stoi na naprawdę wysokim poziomie. Polecam też fanom kina, które wysyła nasz mózg w inne rejony... ten film wysyła go do transeksualnej Transylwanii.


6 stycznia: "Cinema Paradiso" 1988 r. reż. Giuseppe Tornatore


Cóż, ten film to laurka, Laurka dla kina. Jest w tym naprawdę dużo serca i ciepła, ale artystycznie jest on bardzo oczywisty i często wpada w kicz. Jednak dla muzyki Morricone, ładnych zdjęć i cudownej nostalgii warto kiedyś się za niego zabrać. Mimo słabszych elementów, jak wspomniany kicz czy słabiutko napisany motyw miłosny. 



7 stycznia: "Obcy 3" 1992 r. reż. David Fincher


Uwielbiam serie o Obcych! Pierwsza część to moim zdaniem arcydzieło horroru i jeden z najlepszych filmów tego gatunku. Druga to pierwszorzędne kino rozrywkowe, maksymalnie angażujące, ale wciąż potrafiące nieźle przestraszyć. No, a trzecia? Cóż. "Obcy 3" nie dorównuje w żadnym stopniu wybornym poprzednikom, zarówno technicznie, jak i czysto doznaniowo. Podejmuje wiele słusznych decyzji, jak na przykład odpuszczenie sobie zwiększenia skali po części drugiej i powrót do korzeni, czyli zrobienie klaustrofobicznego horroru z siejącym zamęt Alienem. Sam wątek Ripley jest tutaj bardzo dramatycznie, ale też umiejętnie zagrany. To co jednak nie zagrało to strona techniczna. Ktoś wpadł na kiepski pomysł, nakręcenia obcych na green screenie a następnie wrzucenia ich do kadrów. Zestarzało się to słabiutko. Od strony czysto horrorowej, film nie oferuje takich doznań, jak poprzedniki. Nie pomagają w tym strasznie nieklimatyczne ujęcia z perspektywy Obcego, czy słabiutkie efekty. Nie zmienia to jednak faktu, że "Obcy 3" zrobił jedną rzecz naprawdę dobrze... otworzył wrota do sławy Davidowi Fincherowi, który trzy lata później stworzył świetne "Siedem", a jeszcze cztery lata arcydzieło jakim jest "Fight Club" cóż każdy musiał od czegoś zacząć.


12 stycznia: "Osiem i pól" 1963 r. reż. Federico Fellini


Przyznam bez bicia, że to pierwszy film Felliniego, jaki widziałem. Ale mogę wam obiecać, że nie ostatni. Włoski mistrz, cudownie bawi się metaforycznymi, onirycznymi wizjami, by następnie uderzać nas życiowymi, przyziemnymi problemami. Forma jest niekonwencjonalna i wymagająca, ale to treść jest najmocniejszym elementem tego dzieła. Można je interpretować w koło i w koło, a i tak nie zajść poniżej czubka góry lodowej. Dobry start z Fellinim. Czuję, że to początek wspaniałej znajomości. 


13 stycznia: "T2: Trainspotting" 2017 r. reż. Danny Boyle


Uwielbiam pierwsze "Trainspotting". Danny Boyle, zrobił świetny film nie tylko o narkotykach, ale też, o młodości i stworzył obraz całej kultury. Kultury Iggy'egp Popa, kultury szkockich klubów, kultury uciekania przed glinami. Jak się sprawdza sequel po latach? Cóż to zależy. Przede wszystkim ten film nie ma żadnej racji bytu jeśli nie oglądaliście pierwszej części, albo gorzej nie żywicie do niej ciepłych uczuć, oglądanie sequela nie ma sensu. To nie film. To laurka. Laurka z klasą, klimatem i przede wszystkim masą nostalgii. I szczerze? Totalnie to kupiłem. Bardzo przyjemnie mi się oglądało poczynania bohaterów po latach. Aktorsko stara gwardia spisuje się znakomicie, forma jest oryginalna, a i znalazło się miejsce na sporo komedii, chyba więcej niż w poprzedniku. Nawet niezłej komedii. Całość jednak ciężko traktować, jako autonomiczne dzieło, a raczej, jako dodatek. Naprawdę ładny dodatek.


13 stycznia: "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" 1989 r. reż. Peter Weir


Nie jestem fanem Robina Williamsa. Według mnie zawsze grał z grubsza to samo, a i rodzaj kina jaki sobą reprezentował nigdy nie przypadał mi do gustu. I "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" cierpi na wszystkie wady tego "gatunku". Obowiązkowe ciepełko, prościutki podział na dobro i zło, kicz i banalna strona artystyczna. Nie lubię tych filmów. I nie chcę mi się o nich pisać.


14 stycznia: "A Ghost Story" 2017 r. reż. David Lowery


Ten film jest jedyny w swoim rodzaju. Jest to najoryginalniejszą produkcją 2017 roku, jaką widziałem. I szczerze naprawdę nie mam pojęcia do czego "A Ghost Story" porównać. Nie jestem ani zbyt obeznany w kinie eksperymentalnym ani w slow cinema. To co ujrzałem zachwyciło mnie swoją wymagającą formą, ale też wachlarzem interpretacyjnym. To czysta kinowa poezja. Warto obejrzeć, ale ostrzegam, że ten film przypadnie do gustu bardzo niewielkiej grupie ludzi. Cóż, mi przypadł i bardzo się z tego powodu cieszę.


15 stycznia: "Depresja gangstera" 1999 r. reż. Harold Ramis


Uwielbiam Roberta De Niro. Według mnie to jeden z najlepszych aktorów jakich matka Ziemia nosiła. Widziałem z nim całą masę świetnych filmów, wiele z nich są niezwykle wysoko w moim sercu. "Dawno temu w Ameryce", "Ojciec Chrzestny II", "Chłopcy z ferajny", "Kasyno", "Gorączka" co te filmy łączy? Ano jest w nich Robuś De Niro. Co jeszcze? W każdym z nich gra gangstera. I w "Depresji gangstera" De Niro w komediowy sposób właściwie siebie parodiuje. I wychodzi to lepiej i gorzej. O ile De Niro do zarzucenia nic nie mam, uważam, że świetnie spisuje się w komediowej konwencji, tak sama linia fabularna czy momentami niestety humor potrafią odstawać. Nie zrozumcie mnie źle, śmiałem się podczas seansu sporo, ale poziom żartów był bardzo nierówny. To przyjemny film. Na tyle przyjemny żeby sobie obejrzeć wieczorem i się pośmiać.


15 stycznia: "Wyspa tajemnic" 2010 r. reż. Martin Scorsese


Uwielbiam stare filmy Martina Scorsese zwłaszcza te z Robertem De Niro. Z czasem jednak Scorsese zmienił swojego flagowego aktora, a zastępcą został Leonardo Di Caprio. I cóż, mam mieszane uczucia do filmów z jego udziałem. O "Infiltracji" chyba pisałem w pierwszym czy drugim miesięczniku, "Wilk z Wall Street" mnie nie kupił, a "Wyspa tajemnic"? Cóż... zacznijmy od tego, że jest niestety dosyć przewidywalny. Co jest sporą wadą w przypadku filmu, który bardzo chce nas zaskakiwać. Po drugie, "Wyspa tajemnic" przez większość czasu ma problem ze zdecydowaniem się czym chce być. Próbuje wszystkim, ale ostatecznie zostaje niczym. Do tego dochodzą oniryczne sceny, które szczerze totalnie mnie nie kupiły. Co nie zmienia faktu, że film ma swoje zalety. Leonardo Di Caprio, Ben Kingsley i Mark Rufallo sprawdzają się naprawdę cudownie, zdjęcia są obłędnie ładne, a zakończenie dosyć niejednoznaczne i nastawione na interpretację. Szczerze polecam obejrzeć, bo zrozumiem jeśli wielu ludziom się ten film spodoba. Ja niestety nie byłem jednym z tych szczęśliwców. 


16 stycznia: "Moonlight" 2016 r. reż. Barry Jenkins


Zwycięzca zeszłorocznej edycji Oscarów, składa się z trzech rozdziałów. I wydaje mi się, że najlepiej będzie jeśli o każdym opowiem osobno. Pierwszy- wczesne dzieciństwo bohatera, jest moim zdaniem naprawdę niezły. Ładnie rysuje relacje między bohaterami, buduje charaktery i wprowadza wątki. Drugi- nastoletnie życie, dorównuje pierwszemu. Umiejętnie rozwija wątki, wprowadza ciekawe zagadnienia i porusza. Trzeci- dorosłe życie, i tu niestety się kończy dobra passa. Od strony fabularnej trzeci rozdział jest niezbyt prawdopodobny, niewiarygodnie się dłuży i wydaje się nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. W żadnym stopniu nie dorównał poprzednim, a szkoda bo mógł być z tego naprawdę rewelacyjny film. A tak został całkiem niezły zbiór obrazów z życia. Subtelny, pięknie nakręcony, ale niestety nierówny.


18 stycznia: "Bezsenność" 2002 r. reż. Christopher Nolan


Christopher Nolan to naprawdę ciekawy reżyser. Tworzy kino rozrywkowe, ale nie idzie na łatwiznę i za każdym razem stara się, jak najbardziej, żeby jego filmy stały na najwyższym możliwym poziomie, ale też wybijały się pod wieloma względami. I właśnie tego ostatniego zabrakło mi w "Bezsenności". To pewnie kwestia wygórowanych oczekiwań, po powstałym dwa lata wcześnie, rewelacyjnym "Memento", ale w porównaniu do niektórych innych filmów reżysera, "Bezsenność" prezentuje się dosyć blado. Co nie zmienia faktu, że to naprawdę przyzwoity film. Fabuła stoi na naprawdę wysokim poziomie. Zdjęcia są ładne. Al Pacino i Robin Williams spisują się naprawdę nieźle, a ten drugi w roli antagonisty to naprawdę fajna odmiana po tych wszystkich sympatycznych rolach. "Bezsenność" to wciągający, nieźle zrobiony kryminał z dobrze pomyślaną intrygą. Polecam fanom reżysera.

18 stycznia: "Ghost in the shell" 2017 r. reż. Rupert Sanders


Nie oglądałem wersji anime. W ramach nadrabiania zaległości z 2017 r. postanowiłem zabrać się za cyberpunkowe "Ghost in the shell". Szczególnie byłem zaciekawiony bo mający premierę w tym samym roku i operujący w podobnym gatunku "Blade Runner 2049" był moim filmem roku. Jak się spisuje remake kultowego anime ze Scarlett Johanson w roli głównej? Ano średnio. Wizualnie ma swoje momenty, ale poziomem nie jest nawet blisko wspomnianego wcześniej Łowcy. Od strony historii, to mogłoby być lepiej, a nudna narracja skutecznie zabija całe zaangażowanie widza. Sceny akcji są dosyć nieciekawe i przesadzone, a antagonista sztampowy i nudny. Efekty specjalne momentami uderzają swoją sztucznością, a ostatnia scena aż za bardzo wieje Nolanem. Z zalet aktorzy spisują się nieźle, a film ma kilka naprawdę zachwycających momentów. I żeby nie było zachęcił mnie do obejrzenia anime. Przeciętny block buster z ciekawym klimatem i właściwie tylko tym.


21 stycznia: "Choć goni nas czas" 2007 r. reż. Rob Reiner



Jest to film z gatunku płaczliwych, ale też bardzo ciepłych produkcji, które spokojnie możecie obejrzeć z mamą i ciocią i być pewnym, że będą one zadowolone. I jak na co dzień gardzę tym gatunkiem, tak "Choć goni nas czas" ma jedną zasadniczą zaletę... a właściwie dwie. Po pierwsze- Jack Nicholson. Po drugie- Morgan Freeman. Ta aktorsko dwójka wprowadziła do tego banalnego i sztywnego konceptu masę charyzmy i życia. Przyjemnie oglądało się tę dwójkę, co właściwie uratowało ten film w moich oczach. Tak, jak mówiłem... jeśli twoja mama, ciotka, kot i babcia chcą obejrzeć z tobą jakiś film to "Choć goni nas czas" powinien się spisać idealnie. 

27 stycznia: "Rzeź" 2011 r. reż. Roman Polański 


Szczerze, nie jestem fanem teatru w kinie... no chyba, że za kamerą stanie Roman Polański, a przed czwórka utalentowanych aktorów, których aż chce się oglądać. "Rzeź" to bardzo mały film, którego akcja dzieje się w jednym mieszkaniu a obsada to cztery nazwiska. Cztery świetne nazwiska. Scenariusz napisany jest z niezwykłą precyzją i polotem, a Polańskiemu udało się sprawnie operować kadrem w bardzo wąskich przestrzeniach. Jeśli macie ochotę, na bardzo krótki, film, który stoi aktorstwem i dialogami to, jak najbardziej polecam.


28 stycznia: "Siedem dusz" 2008 r. reż. Gebriele Muccino


"Siedem dusz" to nie dość, że artystycznie uboga, pseudogłęboka, scenariuszowo niedorobiona wydmuszka, ale też film, który stara się za wszelką ceną stara się wydobyć z widza emocje za pomocą łomu i młota pneumatycznego i robiącego śmieszne miny, zblazowanego Willa Smitha. Jessss, udało mi się zjechać ten film, w jednym zdaniu i zawrzeć w nim właściwie wszystko.


30 stycznia: "Obcy: Przebudzenie" 1997 r. reż. Jeun- Pierre Jeunet


No i przyszła pora, na dokończenie serii o Xenomorphach! Jak się spisuje część czwarta? Cóż. Jest to film tak bardzo przepełniony maksymalnymi idiotyzmami i chorymi pomysłami, że to jest aż... piękne... w pewnym momencie "Obcy 4" wkracza w rejony skrajnego szaleństwa i głupoty, że trudno się nie uśmiać. Filmowo jest to na pewno najgorsza część serii, ale ma swoje momenty i sceny, które będzie można zapamiętać. Niektóre pomysły były naprawdę niezłe. Ostatecznie jednak otrzymujemy festiwal głupot i tropów rodem z kina klasy B. Seria o Obcych zatoczyła naprawdę krętą i długą drogę.



I uwaga, uwaga pierwszego Złotego Ogórka w roku 2018 otrzymuje... "Osiem i pół" Federica Felliniego! Świetny film! Świetny reżyser! Do zobaczenia za miesiąc!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz