środa, 14 lutego 2018

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" recenzja #14

"Trzy billboardy..." to trzeci pełnometrażowy film Martina McDonagha, który zdaje się gustować czarnych komediach kryminalnych, tak jak to miało miejsce w "In Bruges" czy w "Siedmiu Psychopatach". W swoim trzecim filmie reżyser postanowił trochę zmienić styl, nie rezygnując jednak z masy czarnego humoru i trochę wręcz tarantinowskiego zadęcia. Jak się spisują nominowane do Oscarów w siedmiu kategoriach, w tym za najlepszy film, "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"?





Fabuła opowiada o samotnej matce- Miltred, która straciła córkę w wyniku morderstwa. Wynajmuje ona trzy tablice reklamowe, umieszczając na nich wiadomość oskarżającą policję o bierność w tej sprawie. Historię obserwujemy z perspektywy głównej bohaterki, ale też dwóch policjantów. Szefa policji- Billa Willoughby oraz jego podwładnego- niezbyt rozgarniętego rasisty Jasona Dixona. To co od początku filmu zaskakuje to naprawdę duża ilość czarnego humoru, jak na film o matce, która straciła córkę. Kryje się on często za charakterami postaci w konfrontacji ze sobą. Pomagają tu naprawdę cięte i wręcz błyskotliwe dialogi. W połączeniu z naprawdę przejmującym dramatem dotyczącym właściwie każdej z postaci otrzymujemy piękną hybrydę śmiechu i łez.

  

Największą zaletą "Trzech billboardów..." jest moim zdaniem niezwykle zręczny i niejednoznaczny scenariusz. Film stoi wspomnianymi już wcześniej dialogami, ale też odcieniami szarości. Nieważne, jak na początku przedstawiona będzie nam postać, nawet jeśli poznamy ją jako zapijaczonego, bijącego czarnoskórych policjanta to i tak z czasem odkryjemy w nim pewne szlachetne cechy. I tak jest właściwie z każdym bohaterem w tym filmie. To niesamowite, jak dobrze są napisane postaci na drugim, a nawet trzecim planie. Ostatecznie każdy charakter wydaje się być dosyć wiarygodny i dosyć życiowy. I nie udałoby się to bez świetnej obsady. Na pierwszym planie bryluje Frances McDormand w roli twardej, wręcz badassowej matki. Udało jej się stworzyć bardzo wyrazistą, ale też niejednoznaczną postać. Równie dobry był drugoplanowy Woody Harrelson w roli szefa policji, który w całym tym miasteczku wydawał się być najrówniejszym gościem. Ale i tak najlepszy w obsadzie okazał się być, trochę zapomniany w ostatnich latach, Sam Rockwell w roli wspomnianego wcześniej Jasona Dixona. Udało mu się stworzyć niezwykle niejednoznaczną w odbiorze postać, a przy tym nadać jej dużo komediowego smyku. Jak na razie jest on moim faworytem na zwycięzce Oscara za rolę drugoplanową. Cieszę się też, że udało mu się znaleźć w końcu jakąś dobrą rolę da siebie bo może przywróci go to do pierwszej ligi hollywood, i bardzo dobrze, bo udowodnił, że jest naprawdę znakomitym aktorem. 

 

Jeśli chodzi o realizacje to zdjęcia stoją na bardzo wysokim poziomie. Nie ma tu raczej fajerwerków, może poza jednym naprawdę świetnym mastershotem mniej więcej w środku filmu. Znacznie ciekawsza jest muzyka, która nadaje filmowi wręcz westernowego klimatu, co w kontekście opowieści o samozwańczym szukaniu sprawiedliwości wydaje się być strzałem w dziesiątkę. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić to byłaby to jedna scena z udziałem sarny. Niestety bije ona sztucznością, ale też sam koncept był trochę kiczowaty. Nie jest to jakaś wielka wada, która zniszczy wam seans, ale przy tym jest dosyć irytująca bo łatwo można było jej uniknąć. 

 

I na sam koniec chciałbym jeszcze porozmawiać o wydźwięku filmu. Całość zamyka się bardzo niejednoznacznym zakończeniem, który pozostawia spore pole do interpretacji. Same wydarzenia też można sobie poukładać na różny sposób i w zależności od tego zmienia się nasze postrzeganie danych postaci. W szczególności różnie można odbierać postać szeryfa granego przez Woody'ego Harrelsona, w zależności od tego, jak zinterpretujemy pewien kluczowy element fabuły. Ostatecznie film, w wydźwięku jest dosyć, ponownie, niejednoznaczny. Z jednej strony widzimy pesymistyczny obraz społeczeństwa, tego, jak łatwo przemoc rodzi przemoc, ale z drugiej strony widzimy, że nawet jeśli dzieli nas właściwie wszystko to i tak jesteśmy w stanie się zjednoczyć.


"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" to film kompletny. Zachwycający scenariuszem, klimatem humorem oraz aktorstwem. Mam szczerą nadzieję, że zgarnie on, jak najwięcej Oscarów i jak na razie jest on moim faworytem w głównej kategorii. Polecam wszystkim obejrzeć, bo nawet jeśli nie spodoba wam się tak, jak mi to jest na tyle mocnym filmem, że na pewno zrobi na was jakieś wrażenie. Idźcie do kina się przekonać, jakie wrażenie to będzie.



Ocena: 9/10





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz