piątek, 27 kwietnia 2018

""Avengers: Wojna bez granic" recenzja #23

"Avengers: Infinity War" to projekt dosyć... niezwykły. Stanowi on epickie podsumowanie uniwersum, które jest już budowane cegiełka do cegiełki od 10 lat. Aż ciężko uwierzyć, że wszystko zaczęło się od dosyć miernego pod względem scenariusza filmu, który właściwie na swoich barkach przeniósł Robert Downej Jr. No, ale nie można powiedzieć, że się nie udało. MCU to marka gigant, której szczerze przyznaje, nigdy jakoś bardzo nie kochałem. Wiele powszechnie chwalonych filmów, jak dwie ostatnie części Kapitana Ameryki czy nowy Spider Man nie przypadło mi do gustu. Owszem darzę sympatią poszczególne filmy, jak "Strażnicy galaktyki" czy "Thor: Ragnarok", ale fanem marki nazywać się nigdy nie mogłem... do dzisiaj?




Powiem to od razu... nowi "Avengers" są chyba moim ulubionym filmem Marvela. Nie bez wad, nie bez kręcenia nosem, ale jednak. To projekt tak wielki, tak jedyny w swoim rodzaju, że aż ciężko uwierzyć, że w ogóle wypalił. Bracia Russo odpowiadali w Marvelu już wspomniane dwie ostatnie części "Kapitana Ameryki" i choć nie jestem fanem tych filmów, to ciężko mi im odmówić warsztatowego kunsztu. Dlatego wybór rodzeństwa Russo na reżyserów "Avengers" wydawał mi się odpowiedni, zwłaszcza, że przy okazji trzeciego Kapitana mieli okazje pracować już z większą liczbą herosów. Tutaj mamy do czynienia ze znacznie większą gamą postaci, które ledwo mieszczą się na plakacie, a przecież każdy heros, bądź heroska ma swych fanów, każdy powinien dostać swoje 5 minut. No po prostu, ciężka sprawa żeby to wszystko zmieścić w jednym filmie. No, ale mogę szczerze stwierdzić, że się udało. Twórcy podzielili bohaterów na mniejsze zespoły i muszę przyznać, że podziały były naprawdę nieoczywiste, ale generalnie wypadły dobrze. Nawiązały się ciekawe relacje między bohaterami, którzy spotykają się po raz pierwszy. Nie obyło się bez scen z czystą ekspozycją, ale w żadnym momencie nie wymknęła się ona twórcom spod kontroli. Narracja momentami traci na płynności, ale ponownie, nie przeszkadza to w odbiorze całości i przy takim wyzwaniu jakim była chociażby ilość bohaterów, to ciężko mi sobie wyobrazić by było to zrobione lepiej.


Jak to w Marvelu bywa znowu największym atutem filmu są bohaterowie. Co jednak odróżnia "Infinity War" od reszty MCU to złoczyńca- Thanos, będący tutaj czymś na rodzaj nadprzeciwnika. I przyznam szczerze, nie wierzyłem, że ta fioletowa masa CGI może się udać i być fascynującym przeciwnikiem. I ponownie, myliłem się. Thanos to zdecydowanie najlepszy antagonista w uniwersum, ze zgrabnie zarysowaną motywacją, rozbudowaną psychologią i masą charakteru. Dzieła dopełnia tutaj Josh Brolin, który spisał się znakomicie i jest chyba aktorskim najjaśniejszym punktem widowiska. Oczywiście powracają tutaj też starzy znajomi. Robert Downej Jr. jest, jak zwykle fantastyczny, Chris Hemsworth jako Thor spisuje się znakomicie, zwłaszcza jeśli mamy w pamięci, jak słabe były jego pierwsze solowe filmy. Benedict Cumberpatch powraca jako Dr. Strange i jest nawet lepszy niż w swoim solowym filmie. No, ale jakbym miał wymienić cała obsadę to by ta recenzja mogła trwać w nieskończoność. Josh Brolin jest debeściak i reszta obsady też!


Fabuła! Po raz pierwszy w MCU miałem poczucie, że to co się dzieje na ekranie ma swoją wagę, że nie wszystko pójdzie tak, jak powinno, że będę musiał pożegnać niektórych bohaterów. Nasi herosi są właściwie cały czas stawiani przed dylematami, wyrzeczeniami, przed wyborami, w których nie ma jednoznacznie dobrych decyzji. Jest taka zasada przy pisaniu scenariuszy, że w każdej scenie w filmie powinien występować jakiś konflikt. I "Avengersi" się tego trzymają, konfliktów jest tu niespotykanie dużo, ale to nie te rozbuchane bitwy są tutaj tymi najważniejszymi i najlepszymi konfliktami. To są te wybory, które rozdzierają bohaterów i niosą ze sobą naprawdę wiele emocji. No właśnie! Emocje. Jakbym miał użyć jednego słowa, które tłumaczy dlaczego mam wobec nowych "Avengersów" cieplejsze odczucia niż do innych filmów MCU, to byłoby to właśnie to słowo- emocje. Po raz pierwszy film Marvela zdołał mnie poruszyć, były momenty, w których można nawet uronić łezkę. Sam nie uroniłem, ale ja generalnie raczej nie płaczę na filmach, zwłaszcza w kinie więc się nie sugerujcie. Być może "Strażnicy Galaktyki" (obie części) czy "Thor: Ragnarok" są w stanie człowieka rozbawić, "Kapitan Ameryka" jest w stanie nacieszyć oko choreografią, a "Doctor Strange" odjechaną realizacją, ale w każdym tym filmie brakło większej ilości emocji. Owszem serduszko czuło coś przy drugich "Strażnikach..." czy trzecim "Kapitanie...", ale to jest dosłownie nic w porównaniu do nowego dzieła braci Russo.

O realizacji słów kilka. Sceny akcji robią wrażenie, ale jak już pisałem to nie one są największym atutem filmu. Co ciekawe przy niektórych momentach z udziałem "Strażników galaktyki" pomagał James Gunn, reżyser tej serii i to naprawdę czuć, no i bardzo dobrze, bo "Strażnicy galaktyki" zawsze byli dla mnie jednym z jaśniejszych zaułków MCU. Sceny fajnie są podbijane muzyką, która znowu, wypada, wyjątkowo dobrze na standardy Marvela. 


Marvel w tym momencie wskoczył na kompletnie nowy poziom i szczerze mu życzę żeby się go trzymał no bo w końcu, każdy człek czasem musi pooglądać dobry, emocjonujący block-buster. Braciom Russo udało się osiągnąć coś co wielu mogłoby się wydawać niemożliwe i zrobić naprawdę dobry film, który musi połączyć w sobie ogromną ilość wątków i postaci. Pozostaje pytanie... co dalej z MCU? Zakończenie "Infinity War" jest bardzo mocne i niestety mam duże obawy, że w kolejnej części mocno straci ono na znaczeniu. Mam nadzieję, że Marvel, jakoś z tego wybrnie godnie, choć osobiście nie jestem pewien czy istnieje tutaj jakiekolwiek naprawdę dobre rozwiązanie. Tak czy siak na "Avengers 4" czekam i mam nadzieję, że utrzymają oni poziom "Infinity War".

Ocena: 8/10



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz