czwartek, 5 kwietnia 2018

"Ready Player One" recenzja #21

Minęło niewiele ponad dwa miesiące od mojej recenzji "Czwartej władzy", a tu zabieram się za kolejny film Spielberga. "Ready Player One" to ekranizacja książki Ernesta Cline'a o tym samym tytule. Książka, jak i film opowiada o losach głównego bohatera Wade'a Wattsa, w roku 2045 kiedy to ludzie spędzają większość czasu w wirtualnej rzeczywistości zwanej Oasis. Rzeczywistość ta jest najpotężniejszą firmą na świecie. Jej twórca, przed śmiercią postanawia pozostawić w swojej grze easter egga, którego zebranie uczyni zdobywcę nowym właścicielem Oasis. Tak zaczyna się przygoda, która dzieje się w dwóch wymiarach. W rzeczywistej rzeczywistości oraz tej wirtualnej. Czy Spielberg triumfalnie powrócił do swojego konika czyli kina przygodowego?




Nie. Z bólem serca stwierdzam, że powrót Spielberga do kina przygodowego jest nie tyle nie do końca udany, ale jest to coś na rodzaj hmmm... powiedzmy... totalnej porażki. Zacznijmy może od tego, że to co charakteryzuje ten film najbardziej to absurdalnie liczne nawiązania do popkultury w szczególności do lat 80-tych. Film stara się nas wręcz zarazić nostalgią do tych czasów. No właśnie... skoro film stara się być dla wielu nostalgicznym powrotem do młodości to czy nie byłoby lepiej jakby twórcą filmu był ktoś kto faktycznie się wychowywał w tamtych czasach więc faktycznie czuje tę nostalgie? Możecie na to odpowiedzieć, że Spielberg w dużej mierze ukształtował popkulturę lat 80-tych swoimi filmami więc, jak mało kto wie o co w tym chodzi. Otóż nie do końca... Spielberg wychowywał się na ówczesnych komiksach, literaturze przygodowej i do tego czuje nostalgie. Dlatego w moim mniemaniu był on kiepskim wyborem na reżysera filmu, który właśnie tą ejtisową nostalgią stoi. A przynajmniej miał stać w założeniu. Widzicie wielu współczesnych twórców kina wysokobudżetowego odwołuje się do nostalgii, a zwłaszcza do lat 80-tych, które są teraz ewidentnie w modzie. Chociażby marvel ze swoimi "Strażnikami galaktyki" czy najnowszym "Thorem". Albo Edgar Wright, który "Scottem Pilgrimem" odwołuje się do estetyki gier, a "Baby Driverem" do muzyki, na której się wychowywał. Sam Quentin Tarantino bardzo wyraźnie odwołuje się do kina, na którym się wychowywał czyli do klasycznych westernów, pulpowych kryminałów czy kina exploitation. Pamiętacie jakim wielkim hitem niedawno było "Stranger Things", które z lat 80-tych czerpało nie tyle co garściami co już wiadrami? No i właśnie... każde z wyżej wymienionych dzieł oprócz tego, że przybierało taką, a nie inną formę, kreowało też własnych solidnych bohaterów, ciekawą historie, wartościową treść. Cechował je uniwersalizm, który sprawiał, że ci bohaterowie, te historie działałyby nawet bez nostalgicznej otoczki. Problem pojawia się jednak kiedy właśnie ta otoczka wyrasta na głównego bohatera filmu. I tak niestety jest z filmem Spielberga, który utonął w nawiązaniach, jednych fajniejszych, innych niekoniecznie, a zapomniał o dwóch rzeczach, o których zapomnieć nie wolno. O ciekawej historii i ciekawych bohaterach. Z głównym bohaterem Wade'm naprawdę nijak da się utożsamić. W filmie zaczyna, jako gbur i kończy... właściwie ciężko stwierdzić, jak ale przynajmniej poznaje dziewczynę Samantę, która swoją drogą, jest znacznie lepszym materiałem na protagonistkę. Ma znacznie więcej charakteru, charyzmy i silniej zarysowaną motywacje. Relacja tej dwójki jest napisana tak niestarannie, że w żaden sposób nie da się w nią uwierzyć. Oprócz tych bohaterów mamy też ekipę kolegów głównego bohatera, z których każda zamiast charakteru ma jakąś cechę charakterystyczną, żebyśmy byli jakoś w stanie je zapamiętać. Dosyć żałosne. Żeby jednak tylko nie krytykować, muszę przyznać, że występy Marka Rylance'a czy Bena Mendhelsohna są całkiem udane. Ten pierwszy gra tutaj zmarłego twórce Oasis i jest to całkiem ładny występ. Szkoda tylko, że postać ta musi na sam koniec powiedzieć dosłownie wszystko to co widz powinien odczuć po seansie, ale może już zbyt się czepiam. Z kolei Ben Mendhelsohn totalnie powtarza swoją rolę z "Łotra 1", ale przy tym wciąż jest dosyć charyzmatyczny i dobrze się go ogląda.


Jeśli zaś chodzi o świat wykreowany to... no nie wiem. Świata rzeczywistego właściwie nie ma wiele, a jak już jest to jest dosyć nieciekawy, a świat wirtualny... to wielki miszmasz bardzo średnich efektów, które na dłuższą skale irytują. Film zaczynamy bardzo długą bo aż piętnastominutową ekspozycją kiedy to narrator z offu wyjaśnia nam prawidła rządzące światem. Nie wyjaśnia ich jednak na tyle dobrze, żeby w pełni określić zasady rządzące tym światem, przez co w trakcie seansu kilkukrotnie łapałem się za głowę poprzez dziwne nielogiczności w świecie przedstawionym. Po tej przydługiej ekspozycji dostajemy pierwszą scenę akcji i jest to wyścig pojazdów... wszelakich. Przy tym scena ta jest zmontowana tak chaotycznie i jest tak przepełniona wszelkimi wydarzeniami, wybuchami czy oczywiście easter eggami, że naprawdę ciężko się w tym połapać. W środku filmu mamy z kolei bardzo rozbudowane nawiązanie do "Lśnienia" Stanleya Kubricka. I choć wielu ludzi bardzo chwali tę sekwencje to ja mam co do niej dosyć mieszane uczucia. Z jednej strony początkowo faktycznie mnie bawiła i przez chwilę czułem tę odrobinę wykorzystanego potencjału, którego starczyło chyba tylko na ten jeden segment, z drugiej po dłuższym zastanowieniu, można tu było się trochę bardziej zagłębić w dzieło Kubricka i wykorzystać je jeszcze trochę lepiej. Tak czy siak jest to jedno naprawdę porządne nawiązanie, które nie polega tylko i wyłącznie na tym żeby gdzieś wśród ekranowego chaosu wyłapać znany motyw bądź postać.


Oglądając ten film, aż czuć niewykorzystany potencjał, który był przecież ogromny. Można się było odwołać do tylu kwestii współczesnego świata, do gier, do internetowych znajomości. Być może to słaby materiał źródłowy, być może to nieudolność Spielberga, nieważne. To co jest ważne to to, że otrzymaliśmy naprawdę mizerny film, który ciężko mi komukolwiek polecić. Ciekaw jestem przyszłości Spielberga i czy ten niegdyś król kina nowej przygody, zdoła jeszcze powrócić w glorii i chwale. Niestety, ale na obecną chwilę ciężko mi w to uwierzyć.


Ocena: 4/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz