wtorek, 15 maja 2018

"Prawdziwa historia" recenzja #26

Jeden z moich ulubionych reżyserów Roman Polański, powraca z nowym filmem p.t. "Prawdziwa  historia". Reżyser po raz kolejny w swojej karierze, po "Autorze widmo" i "Wenus w futrze" zabiera się za temat twórczości. W rolach głównych obsadził stale już pojawiającą się w jego filmach Emmanuelle Seigner oraz jedną z moich ulubionych aktorek- Evę Green. Jak wyszło?





Delphine Dayrieux to francuska powieściopisarka, która dopiero co odniosła, swoją ostatnią książką, duży sukces. Od pewnego czasu cierpi ona jednak na brak weny. Na spotkaniu z fanami poznaje ona tajemniczą wielbicielkę- Elle. Pomiędzy kobietami rodzi się specyficzna relacja z czasem coraz bardziej toksyczna. Polański w swoim stylu zagłębia się w psychologię bohaterek i pod tym względem nie mam filmowi nic do zarzucenia. Relacja postaci, ich rys psychologiczny są zawiązane i zarysowane bardzo umiejętnie. Jeśli zaś chodzi o nasze główne aktorki to obie ogląda się znakomicie w szczególności świetną w swojej roli Evę Green, która choć nie wychodzi poza charakterystyczne emploi i tak jest jednym z najjaśniejszych elementów filmu. Potrafi być na zmianę ciepła i wrażliwa lub demoniczna i wręcz przerażająca.


Film nie stoi niestety scenariuszem, a konkretnie strukturą. W moim odczuciu drugi akt jest zdecydowanie za długi przez co nużący, a trzeci z kolei trochę za szybki. Nie winiłbym tu jednak scenarzysty- Olivera Assayasa, tylko właśnie Polańskiego, który sam w wywiadzie przyznał, że epilog miał być dłuższy, przez co bardziej filmowy, ale skrócił go bo chciał być wierny książce, na której oparty jest film. Osobiście kompletnie nie kupuję jego rozumowania. Moim zdaniem dobrą adaptację się mierzy się jej jakością, a nie, tym, jak wierna jest oryginałowi. W takim wypadku "Ojciec Chrzestny", "Czas Apokalipsy"czy "Władca Pierścieni" nie uchodziłyby za dobre adaptacje. Decyzja Polańskiego moim zdaniem w dużym stopniu popsuła film, który swoją historią i przesłaniem dawał wielkie pole do popisu, a w ostateczności ma zbyt wiele przestojowych, nużących momentów. Podobny zarzut mam właściwie do większości nowszych filmów Polańskiego. Nie stoją one szczególnie fascynującymi, emocjonującymi wydarzeniami, a właściwie przed dłuższy czas są one tylko budulcem do mocnego finału. Tak było chociażby w przypadku "Wenus w futrze", albo "Rzezi". Tutaj niestety skrócony finał nie ma aż takiej mocy przez co żmudne budowanie go traci tak naprawdę na znaczeniu z perspektywy czasu. Samo zakończenie można interpretować na różne sposoby. Moja, chyba najbardziej oczywista, interpretacja jest przyjemna, ale nieszczególnie zaskakująca czy świeża.


Film nie wykorzystuje w pełni drzemiącego w nim potencjału poprzez źle wyważony scenariusz, ale wciąż ogląda się go przyjemnie za sprawą świetnych ról oraz solidnej reżyserii Polańskiego. Co do samego reżysera, czekam aż się w końcu uda mu się zrealizować z rozmachem "Pianisty" "The Dreyfus Affair", bo od dawna w jego filmografii brakuje filmu, który faktycznie porwałby widza, a nie tylko na krótką chwilę przytrzymał.

Ocena: 6/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz